Dąbrowskie "Dzieci Kwiaty"

19.05.2017

W majowym wydaniu „Alternatywnika Dąbrowskiego” Darek Ryczkowski sięga do najstarszych pokładów dąbrowskiej kontrkultury, opisując początki i smutny koniec hipisów. Mało kto wie, że dąbrowscy hipisi spotykali się głównie w Ząbkowicach i na Zielonej, gdzie czasami urządzali koczowiska pod namiotami. Pochodzili z różnych rodzin, ze środowiska inteligenckiego i robotniczego, niektórzy uczyli się jeszcze w dąbrowskich szkołach, a inni pracowali w okolicznych zakładach pracy. Łączyła ich wspólna niechęć do peerelowskiej rzeczywistości i bezwarunkowa akceptacja każdego członka wspólnoty.

 

W siermiężnych czasach PRL-u, między późnym Gomułką a wczesnym Gierkiem, pojawiło się w Polsce zjawisko zwane ogólnie ruchem hipisowskim. Ruch ten wyrósł w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej na gruncie buntu antykonsumpcyjnego i sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie. Jest na ten temat wiele znakomitych prac, książek czy filmów. Pod koniec lat sześćdziesiątych, jak piszą fachowcy i świadkowie, w kraju nad Wisłą inspiracją dla narodzin hipisów były zachodnie rozgłośnie radiowe (głównie Radia Luxemburg i Wolnej Europy) oraz zagraniczne gazety (dostępne u nas w sieci Klubów Międzynarodowej Prasy i Książki). „Dzieci kwiaty” najpierw pojawiły się w dużych ośrodkach miejskich z aktywnym środowiskiem studenckim (Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Gdańsk), z czasem odnalazły się także w mniejszych miastach, jak miasta Zagłębia, w tym w Dąbrowie Górniczej. Polecam o tym poczytać w książce Kamila Sipowicza, ikony polskiego undergroundu, „Hipisi w PRL-u” (wyd. Cyklady 2008 r.) czy też w wyjątkowej pracy Bogusława Tracza, katowickiego historyka z IPN, „Hippiesi, kudłacze, chwasty. Hipisi w Polsce w latach 1967-1975” (wyd. Libron 2014 r.).

 

Obecnie dąbrowscy hipisi należą głównie do jednej z miejskich legend, ale paru jeszcze żyje. Niektórzy mają się dobrze, inni mniej. Kilku zgodziło się przypomnieć dawne dzieje. Występują, z wiadomych względów, pod pseudonimami z dawnych lat i niechętnie mówią o wolnej miłości, niezdrowych używkach czy groźnych substancjach psychoaktywnych.

 

Według dostępnych przekazów, pierwszym dąbrowskim hipisem był „Janczur”, dziś siedemdziesięcioletni przykładny dziadek kilku wnuków, którego czasem można spotkać na jednym z gołonoskich placów zabaw, gdzie troskliwie zajmuje się dziatwą. Po długich włosach nie został ślad, jest za to dawna broda. I jasne, ciągle radosne oblicze. Niebawem dołączyli do niego Leon, Perełka, Homolka i Cyzu, właściciel najdłuższych włosów w Zagłębiu, oraz pierwsze dziewczyny: Ela, Aśka i Dorota.

 

– Pamiętam i bardzo mile wspominam Aśkę K., ksywka „Hanka Bielicka”, bo potrafiła nawijać i śmiać się jak Bielicka. Buzia to się jej właściwie nie zamykała. Ale mówiła same mądre rzeczy. Bardzo miła i ciepła dziewczyna. Niedawno ją spotkałem i wiesz… nie poznałem – wspomina Zirek, dodając, że do grupy dołączył dużo później, gdy jako nastolatek spotkał na alejach kolorowych, radosnych ludzi. – Byli przepiękni w tej całej szarzyźnie dookoła. Od razu wsiąkłem, a oni nie pogonili mnie, małolata – wspomina.

 

Z czasem do grupy dołączyli, nieżyjący już, Krzysiek „Hrabia” z żoną Dorotą. „Hrabia” pochodził z bardzo zamożnej rodziny. Miał wielką bibliotekę po dziadkach i rodzicach, co spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem i żywym zainteresowaniem pozostałych.

Dąbrowscy hipisi spotykali się niemal codziennie, głównie w Ząbkowicach, w prywatnych domach i ogrodach lub na Zielonej, gdzie czasami urządzali koczowiska pod namiotami. Pochodzili z różnych rodzin, ze środowiska inteligenckiego i robotniczego, niektórzy uczyli się jeszcze w dąbrowskich szkołach, a inni pracowali w okolicznych zakładach pracy. Łączyła ich wspólna niechęć od szarej rzeczywistości i bezwarunkowa akceptacja każdego, kto zechciał być we wspólnocie. – Mogłeś być kimkolwiek, synem prominentnych działaczy partyjnych czy córką hutnika i sklepowej. Ważne, żebyś szanował innych i kochał. Miłość i pokój. I muzyka – mówi Krzychu „Homolka”. Bo muzyka była ważna i towarzyszyła hipisom zawsze. Wielu z nich grało na instrumentach, dlatego często przytrafiały się im naprawdę niepowtarzalne imprezy muzyczne czy koncerty. Jak koncert „Omegi” w PKZ czy słynne imprezy w Agorze, gdzie muzykę z płyt puszczał „Perła”. Wiele osób pamięta też koncert w dąbrowskiej Resursie (niegdyś ważne miejsce na lokalnej mapie kulturalnej) przy dzisiejszej ul. 3 Maja. Grał wtedy zespół Blustro: na skrzypcach Czarek Czternastek, muzyk z Easy Rider, na kontrabasie Boguś Mizerski z Sosnowca, dziś muzyk o światowej sławie. Ze sceny tekst Witkacego z „Szewców” recytował Tadeusz Sławek, poeta, późniejszy rektor Uniwersytetu Śląskiego, który swego czasu mieszkał na gołonoskim osiedlu Kasprzaka.

Jednak nie zawsze było kolorowo. Z czasem władze komunistycznego państwa zaczęły stosować wobec hipisów szykany, a później także represje. Ruch nigdy nie był nastawiony na jakąkolwiek działalność polityczną, nie chodziło tu wszak o zakładanie partii czy przejmowanie władzy. Przeciwnie – hipisi chcieli świata bez polityki, wojska, wojny i jakiegokolwiek przymusu. Dla siebie i innych. Jednak to nie mogło się podobać władzom PRL. Dla młodych były ZMS, ZMW, ZHP i HSPS, nic ponad to. W czasach obowiązującego stałego meldunku i powszechnego nakazu pracy hipisi pakowali się zatem w spore kłopoty. Patrole milicji wyłapywały „długowłosych brudasów”, zamykano ich w aresztach, obcinano włosy, często bito. Do dziś wiele osób z Dąbrowy pamięta ostre akcje i wyczyny „Brudnego Harrego”, sierżanta milicji. – Czasami go jeszcze widuję. Staruszek już – mówi Homolka. Ale nie tylko Milicja Obywatelska, również ORMO i tzw. aktyw robotniczy były narzędziem represji wobec młodych ludzi chcących żyć inaczej. Na problemy z władzą, z milicją dla wielu chłopaków nakładały się gigantyczne kłopoty z armią. Paru ukrywało się z więc z powodu odmowy lub niestawienia się do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Próbowano różnych sposobów, w tym pobytu w szpitalu psychiatrycznym.

 

Odskocznią od tych nieprzyjemnych spraw były wyjazdy w Polskę. Hipisi jeździli na zloty, głównie nad morze i w Bieszczady oraz… na pielgrzymki. Do Częstochowy. Pielgrzymki hipisów organizował legendarny ksiądz Andrzej Szpak, salezjanin z Rzeszowa, duszpasterz narkomanów i właśnie hipisów, twórca „Ogólnopolskiej Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg”.

 

Na jedną z takich pielgrzymek wybrała się spora grupa z Dąbrowy. Później przez tydzień koczowali w namiotach pod Jasną Górą. Jak mówi Homolka: – Ta tradycja pozostała i starzy hipisi spotykają się w Częstochowie rokrocznie. Ot, taka polska specyfika...

 

Były też inne wyjazdy. Na przykład do „Słomy” Jerzego Słomińskiego, byłego muzyka zespołu Osjan. W stanie wojennym „Słoma” rzucił wszystko i wyjechał w Lasy Kozłowieckie na Lubelszczyźnie, gdzie założył wspólnotę muzyczną. Wkrótce osiedliło się tam kilkanaście rodzin hipisowskich z całej polski. – Produkuje tam bębny, konga i takie tam. Ale takie dobre, że przyjeżdżają do niego Murzyni z Afryki, żeby się nauczyć robić bębny afrykańskie. Czujesz? Ja nigdy tam nie pojechałem. Może kiedyś, jeszcze mam adres, wieś Biadaczka koło Samoklęsk, powiat Lubartów. Był tam Witek, Cyzu i jeszcze ktoś. Mówili, że było fajnie – tak o tym miejscu mówił Zirek.

 

Również w Zagłębiu hipisi próbowali tworzyć komuny na wzór zagranicznych. Jednak, głównie z braków możliwości lokalowych oraz z powodu czujności aparatury porządkowo-represyjnej, nie bardzo im to wychodziło. Najbliższa i najdłużej trwająca zagłębiowska komuna zalęgła się w Sosnowcu przy ul. Szybikowej. Istniała dobrych parę lat, mniej więcej do wczesnych lat osiemdziesiątych. Tak opisuje to jeden z weteranów ruchu: – Była to chyba dwupiętrowa kamienica, jak pamiętam należała do „Elwisa”, basisty z Nocnego Patrolu. Przejął ją po babci, zdaje się w spadku. Mieszkało tam w porywach parędziesiąt osób. Ktoś przyjeżdżał, ktoś odjeżdżał… Jak to w życiu. Parę naprawdę niezłych imprez tam przeżyłem. Koncerty, muzyka i rozmowy… Z czasem to się skończyło. Nie pamiętam dlaczego. Chyba nie ma już tej kamienicy.

 

Schyłek i ostateczny koniec epoki „dzieci kwiatów” przyniosły narkotyki. Moda na nie zaczęła się w Polsce tak siermiężnie, jak i siermiężne było peerelowskie państwo… od mieszania i przetwarzania leków psychotropowych zawierających opiaty, odparowywano też słynne krople Inoziemcowa albo stosowano substancje odurzające. Dość wspomnieć, że rodzima wynalazczość miała szerokie pole do popisu. Rzadko, stosunkowo późno i wyłącznie jako turystyczny import trafiała się marihuana, o LSD wszyscy słyszeli, ale mało kto widział. Wreszcie, na koniec, pojawiła się tzw. polska heroina, rodzimy wytwór otrzymywany z maku, który poczynił ogromne spustoszenie, istny armagedon. Groźne były zwłaszcza zakażenia spowodowane używaniem brudnego czy też wspólnego „sprzętu”. Do tego dochodziły różnego rodzaju komplikacje zdrowotne i ciężkie choroby, w tym psychiczne. Taki był smutny koniec początkowo radosnej epoki miłości i pokoju. „Straty w ludziach” dotknęły także hipisów z Dąbrowy Górniczej. Wspólnota rozleciała się, każdy poszedł w swoją stronę. Zirek przypomniał sobie wiersz, a właściwie fragment, który napisał jeden z dąbrowskich uczestników tej historii, Witek P., gdy wszystko już się kończyło: „Powiedzcie, drodzy przyjaciele, dlaczego życie tak obrzydło, że zamiast palić zdrową trawkę, grzejecie w kanał tępą igłą”. Zlot hipisów w 1978 roku. Drugi z lewej Cyzu z Dąbrowy "najdłuższy włos w Zagłębiu".

 

Mimo smutnego końca, hipisi wnieśli do obrazu polskiego społeczeństwa drugiej połowy XX wieku wiele barwnych i pozytywnych elementów. Długowłosi kontestatorzy ostatecznie przegrali (z aparatem komunistycznej represji i plagą narkomanii), ale zapoczątkowanej przez nich rewolucji kulturalno-obyczajowej nie udało się już zatrzymać. O kontrkulturze czy, jak kto woli, subkulturze młodzieżowej z czasów PRL warto więc przypomnieć, zwłaszcza, że rozwijała się też tutaj, blisko nas.

 

Darek Ryczkowski

 

Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Krzyśka „Homolki”

Dziękujemy za rejestrację!