Osiedlowe gry hazardowe

23.06.2017

Autorzy dzisiejszych alternatywnikowych opowieści pamiętają jedno – że się grało. Grało się zawsze, wszędzie, z niepohamowaną zaciętością i wypiekami na twarzy… Bo grało się o pieniądze. Co więcej – grało się pieniędzmi!

 

Po pierwsze i najważniejsze – duca

 

Wspomina Wojciech Czyżewski

 

Lata osiemdziesiąte. Wiosna i lato są inne, osiedla są inne, szkoły i drzewa są inne, inna jest trawa i krzewy. Po kolei: wiosna jest łagodna, lato zaczyna się w czerwcu, pod klatkami schodowymi stoją, skaczą, biegają dzieciaki, młodzież siedzi na ławkach, siedzi inaczej, bo nie na tym do siedzenia, tylko na oparciach, osiedla są szare, betonowe bloki pokryte liszajami kiepskiej farby otacza asfalt i chodniki z nierównych i popękanych płytek, i pryzmy ziemi, i żelastwo, wszystkie szkoły są takie same, te same krzesełka, ławki, te same lamperie, toalety i zapach – też ten sam; chemii, kurzu, betonu, drzewa to topole, innych prawie nie ma, trawa jest dzika, a właściwie to trawy też nie ma, bo wszystko zadeptane, żywopłoty zmieniają się w chaszcze i ćwierkają stadami wróbli ukrytych w ich gąszczu (wróbel jest nudny, wszędzie go pełno, niewiarygodne, że dziś prawie zniknął). I hazard, bo o tym będzie mowa. Hazard też jest inny.

 

Centrum hazardu jest duca. Dla mnie najważniejsza była ta obok rozdzielni prądu, przy kiosku, przed śmietnikiem, nieopodal trzepaka, obok Szkoły Podstawowej nr 12. Idealne położenie, na przecięciu głównych pieszych szlaków osiedla. Teren idealnie wydeptany, gładziutki, w upale twarda skorupa ziemi pokrywała się pajęczyną pęknięć. Magia. I na środku tego dołek, wygrzebany łyżką, niezbyt głęboki, miał średnicę około 5 cm i ostre krawędzie (krawędzie są ważne, o czym później). Tak, to ona – duca. W odległości kilku metrów od ducy ktoś na ziemi wyrysował linię…

 

Na tej linii w równym rzędzie stoją gracze. Każdy, pomiędzy kciukiem jednej ręki i palcem wskazującym drugiej, trzyma aluminiową jednozłotową monetę. Wszyscy lekko przykucnięci, chwieją się, by nadać monecie odpowiednią rotację i perfekcyjny lot – do środka dołka. Pierwszy rzuca nowy, który właśnie dołączył, wg losowania, jeśli to początek rozgrywek, lub zwycięzca poprzedniej partii. Zasady są proste. To znaczy w ogólnym zarysie, bo jak przychodzi co do czego, to już tak łatwo nie jest i pojawiają się rozbieżności: Czy wolno się „chamić”? Czy tupane dwa, czy trzy razy i czy tylko nogą, czy można ręką? Czy wolno „z kolanka”? Czy po „chamionym” można dwa, czy trzy razy?

 

W wariancie, którego nie lubiliśmy, ale dopuszczalnym, można było tupać ręką.

 

Ale od początku: zasady są proste – wygrywa ten, kto trafił monetą do ducy. Jeśli do ducy trafia więcej monet – powstaje pula, zgarniana przez zawodnika, który w kolejnej próbie trafił do ducy. Gdy nie trafi nikt, ten co rzucił najbliżej dołka, kciukiem i palcem wskazującym albo kciukiem i palcem serdecznym, wbija monety. Kolejność wbijania monet dowolna. Sztuka nie jest łatwa. Czasami, jeśli duca ma nierówne brzegi (dlatego lepiej, żeby miała równe) monety zatrzymują się na krawędzi. Wtedy można tupać – wówczas zawodnik staje obok ducy i podskakując, najczęściej do trzech razy, wbija złotówkę do środka. Choć pamiętam „tupaczy”, dla których kilka centymetrów od ducy to było nic… Bo o tym, czy się tupie, czy nie, decyduje wyłącznie tupiący. W wariancie, którego nie lubiliśmy, ale dopuszczalnym, można było tupać ręką. Wtedy dłoń układa się w taki sposób, by powstał podmuch powietrza i uderza obok monety. Powyższe rozwiązanie, połączone z wielkim łapskiem, pozwala na przesunięcie pieniądza nawet o kilkanaście centymetrów. Przyznacie jednak, że mało to finezyjne i trochę nie fair, bo nie wszyscy mają wielkie łapska.

 

Po nieudanej próbie grę kontynuuje kolejny zawodnik – o kolejności decyduje odległość monet od krawędzi ducy po rzutach. W dyskusyjnych przypadkach odległość tę odmierza się w tip-topach – do pełnego tip-topa, dłońmi ułożonymi na płasko i palcami. Wygrywa ten, kto w ducy umieści ostatnią monetę. Genialnie proste, nieprawdaż?

 

A co, gdy moneta znajduje się na tyle daleko od ducy, że szansa trafienia wydaje się żadna, za to wielkie jest prawdopodobieństwo podsunięcia pieniądza tak blisko dołka, że kolejny zawodnik raczej bez trudu poradzi sobie z jego wbiciem? I w dodatku jest to ostatnia moneta w grze, więc nie tylko wbije, ale wygra całą pulę? W tej sytuacji można zaproponować podział puli. Mówisz – Grzesiek ja podbijam blisko jak się da, ty dokańczasz i dzielimy się fify-fifty. Grzesiek się zgadza, trafia, jest dobrze. No chyba, że Grzesiek się nie zgodził. Wtedy możesz się „schamić”. Tak, możesz najnormalniej w świecie z całej siły trzepnąć monetą tak mocno, że poleci pod śmietnik albo za trzepak. Wprawdzie twojej sytuacji bardzo to nie poprawia, ale Grzesiek też nie ma łatwo. To znaczy niby trochę ma, bo może, w zależności od zasad, nawet trzy raz pyknąć monetę.

 

Przy czym, jeśli grzmotnąłeś ją w trawę, może to zrobić z kolanka. Przyjmijmy, że Grzesiek po „schamionym” miał tylko dwie próby. Wiemy, że koleżeński nie jest, więc propozycja podziału, jaką składa Jarkowi, nie zostaje przyjęta. I co robi Grzesiek? A co Ty zrobiłbyś na miejscu Grześka? A co zrobiłbyś, gdy chcesz grać, bo masz kilka złotych z reszty po mleku, a pada deszcz? O tym poniżej.

Po drugie – duca i (nie) cała reszta

Wspomina Robert Strzała

 

Lubiłem mieszkać na parterze. W podstawówce, jak się zapomniało klucza, można było wejść do domu przez balkon (rodzice zjechali mnie z góry na dół nie raz, nie dwa z tego powodu – że pokazuję drogę złodziejom; pewnie racja), nie było problemu typu nieczynna winda, po wodę w woreczku do „Baśki warzywniaka” wyskakiwało się w momencie. Swoją drogą pamiętacie ten wynalazek – „woda w woreczku”? Zwykła barwiona na czerwono, żółto, zielono lub – rarytas – o smaku coli, w podłużnym niewielkim woreczku (może jak dłoń dorosłego człowieka), ze słomeczką, którą się wbijało w dowolne miejsce. Chłodna czysta żywa chemia. Furora i szaleństwo w środku lata. Napiłbym się i dziś. O matko, jak bardzo bym się napił!

 

Mieszkanie na parterze miało jednak i swoje wady. Jedną z nich było to, że nie mogłem grać w ducę. Ojciec mój nie znosił tego procederu, bo główne miejsce rozgrywek znajdowało się centralnie pod naszym balkonem. Tata tępił więc hazardzistów z całą mocą. Bo klęli jak stado dorodnych szewców, bo deptali trawnik, który i tak nie miał szans wyrosnąć, gdyż przez jego środek i na skos wydeptano ścieżkę do wspomnianego wyżej warzywniaka; bo nienawidził hazardu (podobno); bo darli się jak zapyzialcy (Leksu, który w tamtych czasach grywał ostro i namiętnie, potwierdza – „No były emocje, stary, nic nie poradzę, o kasę szło przecież! ”). W każdym razie – w związku z tym wszystkim – miałem zakaz. Próbowałem grać w innych częściach osiedla, ale to nie było to samo. Placyk pod naszym balkonem sprawiał, prawdopodobnie ze względu na gabaryty, wrażenie centralnego kasyna (jeśli nie osiedla, to na pewno podwórka). W efekcie – ponieważ nie miałem gdzie i jak trenować – najczęściej dostawałem baty, co oznaczało po prostu utratę gotówki, a bez niej grać się przecież nie dało. No, bo nie oszukujmy się – była to gra na pieniądze.

 

Jak sobie teraz pomyślę o tym zakazie, to z jednej strony go rozumiem, z drugiej wydaje mi się śmieszny w porównaniu do innych zabaw (?), które wtedy uskutecznialiśmy. Był to bowiem czas powstawania Mydlic Południowych i niedaleko za Szkołą Podstawową nr 30 w stronę „lasku” znajdował się spory plac wypełniony wszelkiego rodzaju sprzętem budowlanym – z naciskiem na metalowe i betonowe rury i konstrukcje. A ponieważ nikt tego nie pilnował, bardzo szybko stało się miejscem naszych zabaw. Głównie w berka i chowanego. Biegowe historie w każdym razie. Jak teraz o tym myślę, po stokroć bardziej wolałbym, żeby moje dziecko grało jednak w ducę.

 

Grało się – najczęściej złotówkami, tymi aluminiowymi. Chyba, że w grę wchodziła jakaś ostrzejsza rozgrywka, to wtedy nominały zdarzały się wyższe.

 

Grało się – najczęściej złotówkami, tymi aluminiowymi. Chyba, że w grę wchodziła jakaś ostrzejsza rozgrywka, to wtedy nominały zdarzały się wyższe. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że wszystko zależało od czasu i wartości pieniądza w danym okresie. Jedni grali złotówkami, a 6 lat wcześniej czy później nominały mogły być zupełnie inne. Myślę, że także dlatego modne stały się nagle… takie torebki (wielkości, ja wiem, kieszeni?), które noszono na szyjach. Wypełnione po brzegi srebrną walutą.

 

Teren był ważny. Żeby było w miarę płasko, bez traw i innych przeszkód, najlepiej goła ziemia, w której wydłubywano dołek. Zależnie od szkoły i relacji jest mowa o tym, że średnica miała być wielkości pięści lub troszkę większej niż pieniążka. Kilka kroków dalej rysowało się linię i… już.

 

Szczegóły rozgrywki opisał już Wojtek, więc sobie daruję. Choć z drugiej strony Leksu twierdzi, że „o ducy to by można nowelkę napisać. Z jakąż gracją i jak celnie jedną ręką (tak od siebie) rzucał do ducy niejaki Przemo Kowalski. Było sporo naśladowców, ale nikt jak on nie umiał. Pamiętam, jak te monety idealnie latały. Ech, miał gość stylówę, jak filc”.

Trzeba też dodać, że istniały hybrydy typu „duco-linka”. Wzdłuż ducy rysowało się linię równoległą do rzutu startowego i jeśli się ją przerzuciło, pieniądze natychmiast przepadały.

„O ile my, młode łebki, graliśmy 10-groszówkami, to starsze byki rąbały 10, 20-złotówkami, zwłaszcza jak się zaczęła inflacja. Nie dość, że tłukło się to jak jasna cholera, to jeszcze wszyscy wrzeszczeli. ”

 

W czasie niepogody i w zamkniętych pomieszczeniach (klatka schodowa, piwnice, szkolna szatnia) ciupano w „ściankę”, „linkę” i „spuszczane” (ach, te piękne i krótkie nazwy, oddające całe sedno). Moim zdaniem te gry pozbawione były wielowątkowości i finezji ducy. Ścianka polegała bowiem na rzucaniu monet w stronę ściany. Kasę zawijał ten, który rzucił najbliżej. Podobnie rzecz miała się z „linką”, z tym że jak nazwa wskazuje, rzucało się w stronę narysowanej linii. Leksu mówi, że jego ulubiona gra nazywała się „spuszczane”. Chodziło w niej, a jakże!, o spuszczanie monet jedna na drugą, z wysokości pasa mniej więcej. Kasę zgarniał ten, którego moneta przykryła, naszła na inną. Olek dodaje, że spuszczane to było przekleństwo sąsiadów – „O ile my, młode łebki, graliśmy 10-groszówkami, to starsze byki rąbały 10, 20-złotówkami, zwłaszcza jak się zaczęła inflacja. Nie dość, że tłukło się to jak jasna cholera, to jeszcze wszyscy wrzeszczeli. ” Przypomina też dwie inne odmiany osiedlowych gier hazardowych – „pykane” i w „odbijanego”: „Pykane to była typowa gra w klasie, kiedy nauczyciel sobie poszedł. Brało się dwie drobne monety (20 groszy na przykład), siadało w ławce naprzeciw siebie i pykało się, czyli dmuchało w pieniążki. Wygrywał ten, którego moneta wpadła na monetę przeciwnika. Każdy z nas miał swój sposób na układ warg, żeby monetę „pyknąć” na tyle delikatnie, by nie przefrunęła za daleko.

 

A w odbijanego czy parapet, nie pomnę dokładnej nazwy, grało się w korytarzu na przerwach na parapecie. Kładło się monetę na grzebiecie dłoni i uderzało od dołu palcami w parapet. Moneta odbijała się od okna i na tymże parapecie lądowała. Grało się do chwili, kiedy któraś nie spadła jedna na drugą. Tutaj już w grę wchodziła taktyka, bo można było trafić od razu i zgarniać małe pule albo rozrzucać i na końcu zgarnąć większą”.

 

* * *

 

Jednak nie samym hazardem żyły dąbrowskie osiedla. Były przecież zabawy finką, gra kapslami w „Wyścig Pokoju”, koedukacyjny chowany z piłką oraz bardziej dziewczyńskie – jak guma czy zabawy na trzepaku. Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. Napiszcie do nas, opowiedzcie nam o swoich podwórkowych zabawach. Uzupełnijcie nasze wspomnienia, poprawcie, jeśli gdzieś się mylimy. Czekamy na kontakt.

 

Autorzy

 

Dziękujemy za rejestrację!