Zjawy i legendy z Dąbrowy

16.11.2017

„Jestem raczej sceptykiem”– pisze Piotr Ślusarczyk, autor najnowszej odsłony „Alternatywnika Dąbrowskiego” i zaprasza nas aż w dwie podróże. Pierwszą – po najbardziej upiornych miejscach w Dąbrowie i okolicach oraz kolejną – w lokalną przeszłość, pełną niewyjaśnionych zdarzeń i legend.

 

Niesamowite opowieści o miejscach nawiedzanych przez duchy to temat wzbudzający wiele emocji – od paranoicznego lęku po głębokie zaciekawienie. Należę do ludzi, którzy, słysząc o zjawiskach paranormalnych, starają się wyjaśnić je w każdy możliwy sposób. Jestem raczej sceptykiem. Z drugiej jednak strony – wyszukiwanie niesamowitych historii, legend, opowieści o rzeczach niespotykanych, stanowi dla mnie rodzaj niezobowiązującego hobby. Interesuje mnie przy tym wszystko, co związane jest z naszym miastem. Z tego powodu niedawno rozpocząłem poszukiwania historii o rzekomo nawiedzonych miejscach w Dąbrowie Górniczej. Zacznijmy od wspomnień jednej z mieszkanek Antoniowa.

 

ODGŁOSY KROKÓW W STAREJ MYDLARNI

„W Antoniowie było takie miejsce – nazywano je Stara Mydlarnia, jednak nikt nie wierzył, że miało jakikolwiek związek z mydłem. Mówiło się wśród okolicznych mieszkańców, że miejsca tego strzeże upiór z przepaską na oku, a jego grób (widziałam ten grób, usypany z piachu i kamieni, ze zbutwiałym brzozowym krzyżem) znajduje się w lesie nieopodal kopca, który skrywa w sobie ruiny „mydlarni”. Część mieszkańców potwierdzało spotkanie owego upiora. Niektórzy mówili nawet, że wydawało się, jakby postać była uzbrojona w staromodny typ karabinu. Inni opowiadali, że upiór charakterystycznie utykał na jedną nogę. Jako dzieciaki, wiele razy przemierzaliśmy ten zagajnik w poszukiwaniu tajemniczej postaci. Nigdy nie wybieraliśmy się pojedynczo, zawsze w grupie. Po pierwsze dlatego, że się baliśmy, a po drugie – by mieć większą ilość świadków w wypadku pojawienia się tajemniczego osobnika. Pewnego razu, gdy nie mogłyśmy z kuzynką zebrać większej „ekipy”, udałyśmy się same do owej Starej Mydlarni. Wzięłyśmy ze sobą ogromną i ciężką latarkę, ponieważ w ruinach mieściło się wiele pomieszczeń, do których nie docierało światło słoneczne. W środku budynku nie było nic specjalnego, jedynym elementem przykuwającym uwagę i wzbudzającym nasze zaniepokojenie były wymalowane na ścianach pentagramy i odwrócone krzyże, wokół których ktoś namalował trzy szóstki. Poza tym w pomieszczeniach panowały resztki tradycyjnego wystroju z czasów PRL-u. Pięć pomieszczeń łączył ze sobą wąski, pełen gruzu korytarzyk. Ostatnie, najciemniejsze pomieszczenie, nie kryło nic niezwykłego. Właściwie to będąc tam, na siłę szukałyśmy czegoś, do czego można byłoby dorobić historię do opowiedzenia pozostałym członkom naszej ekipy. Nagle przed budynkiem rozległ się dziwny, rytmiczny dźwięk, jakby pisk nienaoliwionego metalu. Coś brzmiącego podobnie do skrzypiącego wielkiego wózka. Spojrzałyśmy się na siebie, nie wiedząc co zrobić, ponieważ dźwięk dobiegał z okolic jedynego wejścia do ruin. Szybka decyzja była następująca – zostajemy i siedzimy cicho. Wraz z coraz głośniejszym skrzypieniem, usłyszałyśmy kroki w korytarzyku. Obie byłyśmy potwornie przestraszone. Kuzynka na migi pokazała mi gest, który zrozumiałam jako „w razie czego, wal latarką po łbie i uciekamy! ”Po chwili kroki i ogłuszający pisk ucichły. Dokładnie tuż przy wejściu do pomieszczenia, w którym byłyśmy. Dzieliła nas tylko ściana. Wstrzymałam oddech, uniosłam latarkę nad głową, wyskoczyłam zza ściany i nic... Pustka, cisza. Śladu żywej duszy. Ale jak to? Nie było słychać kroków wycofywania się ani tego rzekomego wózka... Sprawdziłyśmy latarką wszystkie pomieszczenia. Bezskutecznie. Właśnie wtedy do nas dotarło, że to nie był „ktoś” a „coś”. Do dnia dzisiejszego nie znalazłam racjonalnego wytłumaczenia tych zjawisk ani odwagi, by tam wrócić...”

 

ZJAWA PRZY EKSPRESÓWCE

W facebookowej grupie „Niesamowite historie i opowieści z Zagłębia i okolic” wiele osób zamieściło krótkie, aczkolwiek powtarzające się, historie o zaklętym domu, który onegdaj stał w miejscu, gdzie obecnie przebiega trasa S1. Według opowiadań miała tam swoje włości pewna bardzo majętna pani. Niestety, cały swój majątek zabrała do grobu. Legendy głoszą, że jest on ukryty gdzieś w okolicznym lasku, a postać tajemniczej kobiety od czasu do czasu ukazuje się okolicznym mieszkańcom.

 

WIDMO Z HUBERTUSA

Za kolejne nawiedzone miejsce uchodzi budynek stojący się na skrzyżowaniu ulic Chopina i Sobieskiego, czyli Hubertus. „Od pierwszego wejrzenia” robi bardzo ponure wrażenie. Idealne miejsce dla jakiegoś zabłąkanego ducha. Temat Hubertusa przewijał się na internetowych forach stosunkowo często. Dąbrowianie pisali o białej postaci, którą podobno można zaobserwować w jego oknach. Cechą charakterystyczną rzekomej zjawy jest to, że zawsze pojawia się późną wiosną i latem, tuż przed wschodem słońca. Najciekawszą historię i do tego stosunkowo świeżą, opisuje jeden z mieszkańców pobliskiego bloku: „Wychodziłem właśnie z ulicy Chopina na Sobieskiego. Szedłem jak co dzień w kierunku centrum, aby złapać pierwszy autobus jadący do Katowic, gdzie pracuję. Było to mniej więcej koło godziny 4:10 albo 4:15, bo mój autobus odjeżdżał o 4:35, a do centrum ode mnie jest mimo wszystko kawałek. Będąc w pobliżu tej rudery, zauważyłem niewielkie błyski światła w oknach. Początkowo sądziłem, że to odbija się po prostu światło lamp, albo że miejscowe pijaczki świecą latarkami po domu, więc nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. Jednak w momencie, gdy znajdowałem się dokładnie na zakręcie między ulicami, usłyszałem bardzo dziwny dźwięk dochodzący z okolic budynku – coś na kształt uderzania rurką w metalową blachę. Zacząłem odczuwać dyskomfort, ale przecież i to można było w jakiś sposób wytłumaczyć – coś mogło spaść i potoczyć się po domu, opcji było wiele. Jednak gdy dźwięk nie ustawał, odwróciłem głowę, by spróbować dokładnie zlokalizować źródło dźwięku. I to był błąd. Do tej pory nie wiem, czy to wyobraźnia sprawiła mi figla, czy naoglądałem się zbyt dużo horrorów, ale ewidentnie w oknie ukazała się dziwna postać. Nie mogła być człowiekiem, bo zdawała się lśnić bladym, szarym światłem. Była odwrócona do mnie plecami, ale mogłem zobaczyć, że ma humanoidalną postać. Więcej właściwie nie pamiętam, a może i nawet nie chciałbym pamiętać, ponieważ po tym, jak zobaczyłem „to coś”, szybko odszedłem. Mam nadzieję, że nie uzna mnie pan za szaleńca, jak kilka osób, którym to opowiadałem, bo to wszystko co napisałem, zdarzyło się naprawdę”. Trudno określić, co autor tego wspomnienia mógł zobaczyć. Czy było to faktycznie zdarzenie mające cechy paranormalne, czy po prostu wynik bujnej wyobraźni? Dostrzegając jednak ilość emocji zawartych w tym wspomnieniu, przyznaję, że mogło się wydarzyć coś naprawdę osobliwego. Napisała też pewna dziewczyna, która parę lat temu, odwożąc koleżanki z urodzin, zauważyła przy budynku pewną dziwną postać. Jest to bardzo króciutkie wspomnienie, ale zdające się potwierdzać wcześniejszą opowieść: „Dobrych parę lat temu wracałyśmy z koleżankami z imprezy urodzinowej w Będzinie, mieszkamy na alejach, więc najkrótsza droga do domu prowadzi właśnie obok Hubertusa. Dla jasności – byłam zupełnie trzeźwa, ponieważ tej nocy „robiłam za kierowcę”. Przejeżdżając obok budynku, zauważyłam na schodach coś strasznie dziwnego. Postać siedzącego człowieka. I nie byłoby w tym generalnie nic ciekawego, gdyby nie fakt, że wydawał się niematerialny, jakby z mgły. Natychmiast po zobaczeniu tego... zjawiska (?), krzyknęłam do dziewczyn z tyłu – hej, patrzcie, co tam jest? Ale moje koleżanki nic nie zauważyły. Ja jestem pewna, że coś tam było, jednak zupełnie nie potrafię określić co”.

Dąbrowianie, w kontekście Hubertusa pisali też o spotykanej tam nocami „kobiecie o siwych włosach”, dziwnych dźwiękach dobiegających z budynku, tłuczonym szkle, stukaniu, świetle pojawiającym się czasem w obiekcie czy zwierzętach, które dziwnie się zachowują będąc w pobliżu. Biorąc pod uwagę ilość powtarzających się relacji o tajemniczych wydarzeniach związanych z tym miejscem oraz fakt, że brzmią one zazwyczaj bardzo podobnie – być może warto mieć baczenie na starego Hubertusa, gdy znajdujemy się w jego okolicach.

 

CMENTARNY UPIÓR Z ŁĘKI

Autorka poniższej historii zarzeka się, że mówi o rzeczach, które zdarzyły się naprawdę. Pewnego listopadowego wieczoru odwiedzała groby bliskich zmarłych. Oto co przeżyła, gdy próbowała zapalać znicze: „Może się pan śmiać, ale działo się to na cmentarzu, wieczorem i przy pełni księżyca. Wiem jak to brzmi, ale przyrzekam, że tak było. Odwiedzałam groby dziadków na cmentarzu w Łęce. Było dosyć chłodno, jak zwykle w listopadzie. Zapalałam znicz, jednak notorycznie, gdy próbowałam to zrobić, zrywał się zimny podmuch wiatru. W pewnym momencie odwróciłam głowę w kierunku pobliskiego lasku, skąd dobiegł mnie trzask jakby łamanej gałęzi. Zdziwiłam się, ponieważ nie było tam zupełnie nikogo. Po chwili sytuacja się powtórzyła, ale tym razem, gdy odwróciłam wzrok, zauważyłam w dalszej odległości postać małego chłopca, który zdawał się jakby płynąć, sunąć pomiędzy drzewami. Zdziwiło mnie to, no bo co mogłoby robić kilkuletnie dziecko, samo, wieczorem w lasku obok cmentarza? Myślałam, czy go nie zawołać, ale nie chciałam zakłócać spokoju panującego na cmentarzu. Wróciłam więc do zadumy nad swoimi zmarłymi. Po chwili usłyszałam dziecięcy śmiech, dobiegający z kierunku dokładnie odwrotnego do tego, w którym wcześniej widziałam chłopca. Spojrzałam tam i zobaczyłam go ponownie. Było wprawdzie ciemno, a on stał w pewnej odległości ode mnie, ale byłam niemal pewna, że to to samo dziecko. Poczułam niepokój, bo uświadomiłam sobie, że ten chłopczyk nie mógł w tak krótkim czasie przejść ani przebiec z lasku przy jednym końcu cmentarza na jego drugi koniec, a już na pewno nie tak, abym go nie zauważyła. Mimo to spojrzałam dookoła w poszukiwaniu rodziców, ale gdy zwróciłam wzrok na miejsce, gdzie chłopiec stał wcześniej, jego już nie było. Po prostu jakby rozmył się w powietrzu. Uciekłam stamtąd, bałam się jak nigdy dotąd, to nie mogło być normalne”. A teraz z innej beczki. Ostatnio trafiła w me ręce książka pod tytułem „Podania i opowieści z Zagłębia Dąbrowskiego”. I choć historie tam opisane skupiały się raczej na okolicach obecnej Dąbrowy, znalazłem w niej kilka, wartych przytoczenia, perełek. Pierwszą z nich jest dosyć znane i popularne podanie wyjaśniające pochodzenie nazwy Gołonóg.

„W Będzinie żył kiedyś Pan bardzo możny i dumny, acz twardy i srogi dla swych poddanych. Bóg, widząc uciemiężenie jego ludzi, postanowił go skarać. Zrobił to w najbardziej dotkliwy z możliwych sposobów. Możny Pan utracił wszystkie swoje małe dziatki. Po tak wielkiej stracie, Wielki Pan uczuł boleść, a jego serce przepełnia ogromna gorycz. Przypadł On tedy czołem do chłodnej ziemi wzgórza i łez wylewał potoki, aż ulitowała się Maryja Panna i nadzieją lepszej przyszłości pocieszyła zbolałe ojcowskie serce. Owoż ów Możny Pan rzucił strojne komnaty zamków swoich, a w pokutnym stroju, zawsze bosy na znak pokory zimą i latem, zamieszkał ubogą chacinę na górze, pośród jarów. Odtąd też z gnębiciela stał się aniołem – opiekunem okolicy, wspierał on ubóstwo i stawał zawsze w obronie pokrzywdzonych. Lud zwał go tedy Gołonogiem, a po jego śmierci tak też nazwano całe wzgórze, aby każdy, kto je zamieszka, czerpał wzorce z przemienionego Możnego Pana”. Może się to wydać dziwne, ale nie znałem wcześniej tej legendy. I choć zapewne jest ona w dużej mierze wymysłem naszych przodków, kto wie, czy nie ma w niej ziarna prawdy.

Kolejna ciekawa opowieść odnosi się do dzielnicy Dąbrowy wysuniętej najbardziej na wschód – Błędowa. Prawdopodobnie pierwsze wspominki o Błędowie pochodzą sprzed około 300 lat, a legenda brzmi tak: „Dawno, dawno temu w okolicy Olkusza odkryto złoża ołowiu i srebra, następnie zaczęły powstawać kopalnie. Nie spodobało się to bardzo żyjącym pod ziemią diabłom. Bo nie dość, że to były „ich” złoża, to jeszcze ludzie tak strasznie hałasowali, nie pozwalając im spać. Zaczęli więc obmyślać plan, jak dopiec ludziom. I wymyślili, by zasypać złoża piaskiem, zniesionym znad morza. Do zadania przetransportowania piasku wyznaczyli najmłodszego spośród nich. Załadował czart worek i ruszył z powrotem. Jednak piasku było tak dużo, że szybko tracił siły i leciał coraz niżej. W pewnym momencie leciał tak nisko, że zahaczył workiem z piaskiem o wieżę błędowskiego kościoła, a piasek z worka wysypał się na okoliczne pola. I tak powstała pustynia, od okolicznej wsi zwana błędowską...”

Jak widzicie, z Dąbrową Górniczą, wiąże się sporo lokalnych podań i mrożących krew w żyłach historii. Opisane powyżej stanowią zaledwie ułamek tego, co udało mi się zdobyć.

Dlatego chciałbym, aby ten artykuł był wstępem – początkiem zbioru dąbrowskich legend i tajemniczych opowieści. A jeśli redakcja mi pozwoli – chętnie, już niebawem, opublikuję część drugą.

Na koniec, wszystkich zainteresowanych poruszaną tematyką zapraszam do facebookowej grupy „Niesamowite historie i opowieści z Zagłębia i okolic”. A jeśli ktoś nie korzysta z portalu facebook – do pisania wiadomości e-mail na adres: legendydg@gmail.com. Stwórzmy wspólnie nowe wydanie tajemniczych opowieści z naszego miasta! PS Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego artykułu. Ekipie Alternatywnika Dąbrowskiego oraz mieszkańcom naszego miasta, którzy okazali zainteresowanie tematem i chętnie dzielili się ze mną niesamowitymi historiami.

 

Piotrek Ślusarczyk

Dziękujemy za rejestrację!