Dąbrowa żąda dostępu do morza...

23.05.2018

Jakiś czas temu do Muzeum Miejskiego „Sztygarka” zgłosił się pewien starszy mężczyzna z pamiątkowym albumem z roku 1934. Zaprezentował go, po czym... wszelki słuch po nim zaginął. Na szczęście zachowała się elektroniczna wersja albumu. A jest to prawdziwa perełka, istny klejnocik z czasów, gdy dajmy na to, zadurzony w koleżance z sąsiedztwa młodzieniec w eleganckim uniformie „Sztygarki” zwracał się do ślicznej licealistki w marynarskim mundurku słowami: „Czy pozwoli pani, panno Ewo, zaprosić się w niedzielę do kina? Grają nowego Bodo...”.

 

Jest to zapis wyprawy kajakowej z lipca i sierpnia 1934 r. z Dąbrowy Górniczej do Gdyni, którą odbyło trzech uczniów „Sztygarki”: Kazimierz Szymański, Tadeusz Małysa i Kazimierz Toboła oraz, nieznany z imienia i nazwiska, ich kolega, uczeń szkoły rzemieślniczej z Sosnowca. Album liczy 56 stron i zawiera, oprócz wpisów i pieczęci, 21 fotografii i 3 wycinki notatek prasowych z ówczesnych gazet. Rozpoczyna się stroną tytułową „Cała Polska do Morza” i bardzo pompatyczną inwokacją. Kończy wpisem Stefana Piotrowskiego, dowódcy harcerzy w Dąbrowie Górniczej: – „Pięknie się przedstawia dzienniczek – pamiętnik Waszej wyprawy. Krótkie wzmianki, podpisy, pieczęcie, słowa życzliwe i przychylne, daty, nazwy miejscowości – wszystko to posiada mocną wymowę faktu. Gdybyście jednak na tem poprzestali – my wszyscy, Wam życzliwi, mielibyśmy wrażenie, że czegoś brakło: opisu Waszych przygód, spotkań, przypadkowych znajomości, a przede wszystkiem przeszkód i sposobów ich zwalczania. Spodziewam się to jeszcze zobaczyć! ”. No właśnie, czegoś brakło. Szukałem w różnych miejscach, ale nigdzie nie natknąłem się na ślad wyprawy. I dlatego spróbuję ją odtworzyć. Z notatki prasowej zamieszczonej w albumie (Kurier Zachodni z dnia 11 lipca 1934 r.) wynika, że nasi „kajakowcy”, członkowie sekcji wodnej w Państwowej Szkole Górniczo-Hutniczej, rozpoczęli wyprawę w Mysłowicach na Przemszy, dokąd przewieziono kajaki własnoręcznie zbudowane w ramach sekcji.

 

W dzienniku brak informacji na ten temat, ale sądzę, że swój rejs nasi chłopcy rozpoczęli w ówczesnym porcie rzecznym na Przemszy, w okolicy Trójkąta Trzech Cesarzy. Właściwie to mogli rozpocząć wyprawę już bliżej Dąbrowy, w okolicy młynów w Okradzionowie na Białej Przemszy. Proszę sobie wyobrazić, że w tamtych czasach Biała Przemsza była spławna i żeglowna. Już w latach 30. XIX w. spławiano nią blachy i odlewy z walcowni w Sławkowie, do lat 20. XX w. transportowano galarami (rdzennie polski rzeczny statek płaskodenny) węgiel kamienny z zagłębiowskich kopalń, po Białej Przemszy, do 1839 r., kursował, zbudowany przez Anglika Davy’ego, statek parowy, przez wystraszonych mieszkańców nadrzecznych siół zwany „czortopchajem”, który transportował do Niwki, m.in. produkty rolne z okolicznych wiosek.

 

Wyprawa zaczyna się w Mysłowicach, w dwa kajaki i czterech załogantów. Prasa wspominała, że miała być to wyprawa całej sekcji, w kilkunastu kajakach, jednak z powodu „trudności natury finansowej” wyruszyły tylko dwa. Był 9 lipca 1934 roku. Rozpoczęcie spływu potwierdzają wpisy z życzeniami od ówczesnych, lokalnych oficjeli, m.in. starosty będzińskiego, Józefa Boxy i prezydenta Dąbrowy Górniczej, Józefa Kaczkowskiego.

 

Skąd jednak w ogóle pomysł na spływ do Gdyni? Czy tylko z chęci przeżycia młodzieńczej przygody życia?

 

Otóż w latach 30. kajakarstwo i wioślarstwo były uprawiane wręcz masowo, w Polsce roiło się od różnego rodzaju kółek, klubów i związków wodnych. Sporo do popularności sportów wodnych wniosła masowa, sanacyjna organizacja Liga Morska i Kolonialna (wcześniej, do 1930 r., Liga Morska i Rzeczna). W 1933 r. na apel prezesa Ligi, gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, aby wziąć udział w ogólnopolskim spływie do Gdyni „Przez Polskę do Morza”, odpowiedziało nie, jak sądzono, 1000 uczestników, ale prawie trzy tysiące, na ponad tysiącu kajakach, łodziach i innym sprzęcie pływającym; „Wszystkimi wodami z całej Polski, Dunajcem, Sanem, Bugiem, Prypecią, Zasiołdą, Kanałem Ogińskiego, Szczarną, Niemnem, Kanałem Augustowskim, Biebrzą, Narwią, Drwęcą, Pilicą, Bzurą, Kanałem Bydgoskim, a najczęściej Wisłą popłynie wielki spływ kajakowców, wioślarzy i żeglarzy przez Gdańsk do polskiego morza do Gdyni”.

 

Spływ miał wyjątkowo patriotyczny charakter, podkreślający związek Polski z morzem i był masową odpowiedzią na nazistowskie zakusy terytorialne. W 1933 r. partia hitlerowska objęła rządy – również w Wolnym Mieście Gdańsk. Spływ był gwiaździsty – ze wszystkich polskich rzek do Torunia, stamtąd wspólnie do Gdańska, do przystani na Westerplatte, a dalej na, pokładzie statku, do Gdyni. Nakręcono z niego film dokumentalny, który później powszechnie wyświetlano w kinach całej Polski. Najprawdopodobniej nasi kajakowcy film oglądali, a że w słynnym spływie nie zdążyli wziąć udziału, postanowili ruszyć w stronę morza w kolejnym roku. Zapewne wiedzieli też o projektowanej na czerwiec wyprawie śląskich harcerzy, „Sztafecie Węglowej” Przemszą i Wisłą do Gdyni, dla uczczenia nowo uruchomionej linii kolejowej z Katowic do Gdyni, która skróciła dystans ze Śląska nad polskie morze o 120 km. Ostatecznie w wyprawie harcerzy wzięło udział ok. 600 druhenek i druhów.

 

W każdym razie rozpoczynają spływ na Przemszy w Mysłowicach i do przepłynięcia mają prawie 1000 kilometrów i jakieś 30 dni na wodzie. Dzienne etapy według dziennika i locji wiślanej, to, mniej więcej, 30-40 km. W sumie tempo dość rekreacyjne, ale nie o wyczyn sportowy chodziło, tylko o przygodę i zwiedzanie kraju.

 

W tamtych czasach Wisła była wręcz dziką rzeką w środku Europy. Kompletnie nieuregulowana, kapryśna, skłonna do częstych wylewów i powodzi. Na odcinku Górnej Wisły (do Krakowa), rzeka kilka razy zmieniała charakter. Rozlewiska, meandry, miejscami nawet rwąca górska bystrzyca. Mało mostów, promy – częściej ręczne niż mechaniczne.

 

Dzień później chłopaki są już na Wiśle i wiosłują w kierunku Krakowa. W Lasach Tynieckich spotykają, najprawdopodobniej w trakcie ćwiczeń, pododdział specjalny Wojska Polskiego, Pluton Pionierów 3 Pułku Strzelców Podhalańskich (podpis i pieczątka dowódcy plutonu, po. Góry). Nocują w przystani Oddziału Wioślarskiego „Sokoła” w Krakowie.

Jeśli chodzi o noclegi i biwaki na szlaku to naszym chłopcom należą się wielkie słowa uznania. Z fotografii w albumie wynika, że byli znakomicie wyekwipowani. Duży podwójny namiot własnej roboty, menażki turystyczne, kociołek do gotowania, odpowiednie narzędzia (saperka, siekiera). Obozowisko jest wzorcowo rozbite, namiot okopany, kajaki wyciągnięte z wody i ustawione tak, żeby zabezpieczały od wiatru, powiązane wiosła wzmacniają konstrukcję namiotu. Po prostu mistrzostwo. Zdarza się, że przyjmują gościnę i nocują w bardziej cywilizowanych warunkach, u „dobrych ludzi”, w nadbrzeżnych klasztorach (15 lipca nocują w domu poklasztornym Norbertanów z XII w. w Hebdowie) lub jednostkach wojskowych.

 

W trakcie postojów starają się składać wizyty oficjalne u przedstawicieli władz mijanych miejscowości (wiele wpisów z miłymi słowami od naczelników gminy, wójtów i starostów – m.in. ciekawa pieczątka – Zwierzchność Gminna w Pleszowie). Ze zgromadzonych wpisów wynika, że wszędzie są bardzo mile przyjmowani i że „rewolucyjna” legenda „Sztygarki” jest w Polsce szeroko znana (to zapewne echo słynnego w całej Polsce strajku szkoły górniczej z roku 1907).

 

Nocują w Sandomierzu u gościnnych żołnierzy 2 Pułku Piechoty Legionów (wsławionego w Kampanii Wrześniowej 1939 r.) – wpis dowódcy pułku, płk. dypl. Ludwika de Leveaux – kawalera Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari – za wojnę z bolszewikami w 1920 r., bratanka młodopolskiego artysty – malarza Ludwika de Leveaux, którego Stach Wyspiański przedstawił jako Widmo w „Weselu” (akt II, scena 5).

 

Pod datą 27 lipca wklejona jest w albumie dramatyczna notatka z Expresu Zagłębia (wysokonakładowego dziennika z redakcją w Sosnowcu – dąbrowska redakcja znajdowała się przy ul. Sobieskiego 7) o nieznanym losie kajakowców z Dąbrowy i apelem zamartwiających się rodzin.

 

Prawdopodobnie chłopaki musieli w jakiś sposób skontaktować się z rodzinami, bo w dalszej części dziennika podróży nie ma już tak dramatycznych informacji. Kilkakrotnie meldowali się w mijanych po drodze posterunkach Policji Państwowej, skąd, tak sądzę, powiadamiali dąbrowski komisariat o aktualnym miejscu pobytu.

 

Do stolicy kajakarze przybijają 31 lipca. Meldują się w przystani Polskiego Związku Kajakowego oraz w Lidze Morskiej i Kolonialnej okręgu warszawskiego,

zabezpieczają łódki, sprzęt i... idą w miasto. Na tydzień!

 

W tym czasie w Warszawie odbywał się II Światowy Zjazd Polaków z Zagranicy i I Igrzyska Sportowe Polaków z Zagranicy oraz I Zlot Młodzieży Polskiej (w sumie, wg źródeł, ponad 3 tys. osób z całego świata). Stąd w albumie kilkadziesiąt przemiłych wpisów od uczestników z zagranicy. Jest wpis harcerskiej drużyny kolarskiej z Czechosłowacji, oddziału strzeleckiego z Belgii, drużyny młodzieży i dzieci polskich z Francji, sportowców i harcerzy z Austrii, grupy Polaków z Wolnego Miasta Gdańsk, rodaków z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Łotwy. Jest nawet pamiątka od Polonii Mandżurskiej, z charakterystycznym pismem z Dalekiego Wschodu. Naszym dzielnym chłopakom wpisała się też cała żeńska (!) drużyna siatkówki z Czechosłowacji (m.in.: Wanda Russówna, Maryla Lipkówna, Waleria Kucówna i Helena Kantorova – dobre, co nie?). Ale najbardziej wzruszył mnie wpis Zygfryda Wendego, wielokrotnego mistrza Polski w boksie w wadze lekkiej i półśredniej (25, 27, 29 i 31 r.), pierwszego reprezentanta Polski na Mistrzostwach Świata w boksie (Sztokholm 1925 r.), trenera boksu, wychowawcy młodzieży, przodownika Policji Województwa Śląskiego, późniejszego więźnia Ostaszkowa i ofiary zbrodni katyńskiej. Pobyt w Warszawie dobiegł końca. Czas w dalszą drogę do morza.

 

Zbiórka wszystkich, będących wtedy na Wiśle, została naznaczona na Toruń, w okolicach 10 sierpnia, a stamtąd, już wspólnie, w kawalkadzie, do Gdańska i dalej, do Gdyni.

 

Po drodze nasi kajakowcy zatrzymują się w Twierdzy Modlin, gdzie korzystają z gościny 32 Pułku Piechoty. Dalej jest Płock i odwiedziny (8 sierpnia) w słynnej „Małachowiance” – najstarszej, nieprzerwanie działającej, według tradycji, szkoły na ziemiach polskich (od 1180 r.). Powyżej Płocka, aż do Włocławka, Wisła jest bardzo szeroka, z rozlewiskami, i bardzo niebezpieczna (wiatry z północy), ale dzielne chłopaki pokonują ten odcinek w jeden dzień. Toruń osiągają 9 sierpnia, czyli na dzień przed naznaczonym terminem. Z zachowanego w albumie czarno-białego zdjęcia wynika, że w Porcie Zimowym w Toruniu (najprawdopodobniej) zgromadziło się grubo ponad 500 załóg kajakarskich. Nasi załoganci płyną dalej, mijają Brdyujście w Fordonie z dużym portem rzecznym, w Chełmnie nocują w Garnizonie, w 66 Kaszubskim Pułku Piechoty im. Marszałka J. Piłsudskiego (wejście o 15:00, 12 sierpnia, wyjście o 8:00 dnia następnego). Z następnych wpisów i dat wynika, że już się spieszą. Szybko mijają Grudziądz, Gniew i w dniu 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego, przybijają do przystani Komendy Garnizonu w Tczewie.

 

Za Tczewem jest już obszar Wolnego Miasta Gdańsk, dla naszych podróżników terra incognita, tym bardziej, że władzę w Gdańsku przejęli naziści. Wstęp drogą wodną do Gdańska był możliwy, jeśli posiadało się dowód osobisty z wpisem obywatelstwa polskiego, co załatwiało się w starostwie w miejscu zamieszkania.

 

Najprawdopodobniej chłopcy odbili w lewo, przez śluzę w Przegalinie na Wyspie Sobieszewskiej, do Martwej Wisły. Stąd, przez cały Gdańsk, do przystani na Westerplatte. Według założeń spływu z Gdańska do portu w Gdyni miał zabrać spływowiczów specjalny statek. Niestety, w dzienniku nie ma na ten temat wzmianki. Nie wiemy, jak długo młodzi dąbrowianie bawili nad morzem. Założyć należy, że spieszyli się do Dąbrowy, bo nowy rok szkolny za pasem, poza tym pewnie chcieli podzielić się przygodami z najbliższymi i kolegami. Kolejny wpis pochodzi od wyżej wspomnianego Stefana Piotrowskiego z dąbrowskiego hufca ZHP (29.9.1934 r.) i opiekuna szkolnego koła sportowego ze „Sztygarki” (25.10.1934 r.).

 

W każdym razie, po wspaniałej przygodzie, chłopaki bezpiecznie wrócili do Dąbrowy. Powrót nie był trudny – kolejowe wagony bagażowe chętnie zabierały sprzęt turystyczny, w większości kajaki sztywne czy składane, w workach. Bez zastrzeżeń i ograniczeń, przy kosztach wyjątkowo przyjaznych dla kieszeni podróżujących, a równocześnie z troską o dobro ładunku. Piękna to musiała być przygoda, aż zazdrość bierze, bo temat jest mi bardzo bliski. Moja ulubiona książka podróżnicza z dzieciństwa to „Życie wielkiej rzeki” Wiktora Ostrowskiego, rzecz o spływie składanym kajakiem wodami Iguazu i Parany w latach 60. Potem troszkę pływałem kajakiem (oczywiście Czarna Hańcza i Kanał Augustowski, Odra ze dwa razy, Dunaj, Cisa na węgierskim odcinku, raz nawet z kolegami, tak dla jaj, popłynęliśmy z portu w Gliwicach do Berlina), w sumie uzbierałoby się jakieś 20 tys. km.

 

Jak widać z opisanego dziennika podróży tradycje kajakowe w Dąbrowie są, jest też gdzie ćwiczyć. Można by spróbować zbudować replikę galaru, jako statku bazowego i jakichś 5-6 kajaków, i popłynąć w wakacje z Dąbrowy do Gdańska. Kto chętny?

 

 

 

 

 

 

 

Dziękujemy za rejestrację!