Architekt zaprawiony w boju

29.06.2018

W czerwcowym „Alternatywniku” mrożąca krew w żyłach opowieść Tomasza Hliniaka, kluczowego eksperta ds. nadzoru urbanistyczno-architektonicznego projektu Fabryka Pełna Życia, o dzieciństwie spędzonym na prawdziwej wojnie, w tumanach bitewnego kurzu, w huku pocisków, pod blokiem, w cieniu wielkiej Huty.

 

„Właśnie tutaj, właśnie tutaj, zapłonęła ogniem huta i urosła i zdumiała, z iskier cała, z żaru cała. Pewnie słońcu żal (2x), że od słońca mocniej świeci, mocniej grzeje stal”. Piosenka o Hucie Katowice.

 

Ten fakt pamiętam tylko z opowiadań mojej nieżyjącej już babci. Mam 5, może 7 lat. Późnym wieczorem wracam z „podbloku”. Babcia albo mama rozbiera mnie na klatce schodowej. Przed drzwiami, bo inaczej całe mieszkanie byłoby brudne od błota, smaru koparkowo-spychaczowego, kamieni oraz piasku, który przyniosłem w kieszeniach i wszystkich zgięciach ubrań. Potem, podobno, obciera mi nogi mokrym ręcznikiem, żeby nie powiedzieć szmatą, bo ręcznika pewnie szkoda, i zanosi do łóżka, bo jeszcze na klatce ze zmęczenia zasypiam...

 

O tym, że uczestniczyłem w ten sposób w czymś, co można nazwać apogeum tak zwanej „Epoki Gierka” i jestem w jej epicentrum, dowiem się wiele lat później. Dowiem się też, że w moim mieście, ukochanej Dąbrowie Górniczej budują największy kombinat metalurgiczny, największą hutę w Polsce. Urodziłem się 6 stycznia roku 1971. Rosnę wraz z Hutą Katowice. Wokół niej dzieje się, kręci to wszystko. Wtedy, kiedy po raz pierwszy włączyła się moja świadomość, pamiętam jak w tumanach kurzu biegam w krótkich spodenkach po wykopach, budowach, piwnicach bloku i mieszkaniach moich kolegów i koleżanek. Rodzice, jak zawsze, w pracy. Są Budowniczymi Huty Katowice. Moja druga babcia mieszka w Krakowie, a właściwie w Nowej Hucie, więc mam porównanie. Nasza Huta jest inna. Jest naprawdę nowa, nowsza, będzie wspaniała. To nie ten stary Kombinat im. W. I. Lenina, bo w Krakowie nie mówi się „huta”, tam mówi się „kombinat”. U mnie jest Huta. Nie ma żartów. Żadnej patyny, historii, przeszłości. Tu wszyscy żyją przyszłością. Ich przyszłość to przyszłość HUTY.

 

Rodzice są w pracy, więc teraz, do 15:30, blok jest nasz. Potem, kiedy rodzice wrócą, przeniesiemy się na „podblok”. Jeszcze później, wieczorem, zaczną się nawoływania z okien: „Tooomeeek!!!, Baaasiaaa!!!, Wooojteeek!!!, Gooosiaaa!!!... Jak zawsze, kilka razy poproszę błagalnym głosem: „Mamo, mogę jeszcze trochę?” Dopiero, gdy mama zrobi się już naprawdę nerwowa i wyrazi to konkretnym i dynamicznym zamknięciem, wręcz trzaśnięciem, okna, bez słowa pójdę do domu. Wtedy rozbieranie na klatce, ceremonia – rytuał obmycia stóp i... znów na wycieraczce urywa mi się film.

 

Rano obudzę się w swoim łóżku. Pod poduszką żołnierzyki i autka, które ściskam w dłoni tak, jakby zabawa w najlepsze trwała nawet podczas snu.

 

Jest rok 1975, może 77. Dziś truchleję na myśl o tym, ile czyhało na nas niebezpieczeństw. Jak to się stało, że nikt z nas po prostu nie zniknął w jakimś wykopie czy kanale i do dziś nie został odnaleziony? Nie został przejechany, zmiażdżony, zgnieciony, rozwalcowany... To prawdziwy cud.

 

Kiedy wracam ze Szkoły Podstawowej nr 12, która jest naprzeciwko mojego bloku przy ulicy Tysiąclecia 27, muszę pokonać te kilkadziesiąt metrów w strasznym kurzu. Pozostawiła go za sobą ogromna laweta, na której widzę tak zwaną wielką płytę – ułożone na platformie, niczym karty do gry, gotowe do ustawienia przez dźwig ściany, i to z oknami. Ściany bloku, który budowany jest obok mojego. Kolejne boczne bloki były w iście ekspresowym tempie realizowane i zasiedlane. Wraz z blokami równolegle powstawały żłobek, przedszkole i szkoła oraz pawilony handlowo-usługowe. Obok baza budowlańców. Dzisiejsze osiedlowe zielone między-przestrzenie stanowiły wtedy hałdy ziemi z wykopów, znajdowały się tam liczne bazy materiałów i sprzętu budowlanego – prawdziwych wywrotek, koparek, spychaczy, wozów dla pracowników, czyli... wręcz wymarzone wyposażenie palcu zabaw. Ciężki sprzęt, stosy materiałów, baraki na kółkach dla budowlańców, które pasjami penetrowaliśmy w poszukiwaniu skarbów, takich jak karty projektów, wielkie gwoździe czy narzędzia. Wszędzie wertepy, wykopana ziemia spychana jest na boki. Sprzęt głośno pracuje i dymi. Jest niesamowicie. Jest wspaniale.

 

W piaskownicy na terenie przedszkola budujemy my. Obok budują budowlańcy. My mamy wywrotki i koparki. Wywrotki i koparki mają również oni. Ale przecież nie będziemy bawić się w piaskownicy. Nie jesteśmy dziećmi. Zerkamy kątem oka. Kiedy robotnicy z budowy pójdą po zakończonej zmianie do domu, nastąpi apogeum zabawy. Ich prawdziwe wywrotki i koparki będą nasze! Szybko podzielimy się na dwie bandy i zacznie się regularna wojna na bryłki. Co to są bryłki? To kawałki, grudki zlepionej ziemi z wykopów. Długo by mówić, jakie są zalety bryłki. Po pierwsze nie boli, kiedy się nią dostanie. W tym bryłki lepsze są od kamieni. Gorzej, kiedy błoto oblepia kamień. Wtedy będzie bolało. Nawet bardzo. Kto zawyje z bólu od takiej „bryłki”, usłyszy magiczne „niechcący” i wie jedno, że za chwilę ten, który rzucił „bryłką”, też usłyszy „niechcący” – wtedy mu się odechce. No, pokaż się tylko, gdzie jesteś „niechcący”? Po drugie, bryłka zostawia trwały ślad. Kamień po prostu się odbija, a tak wiesz, gdzie trafiłeś. No i rozprysk. Każdy z nas dałby się posiekać za to, że rozprysk bryłki nie różni się niczym od rozbryzgu prawdziwego pocisku. Jeśli dodatkowo wyda się dźwięk przypominający strzał i świst lecącej kuli, no i obowiązkowo, również ustami, dźwięk, gdy pocisk osiąga cel... mamy prawdziwą wojnę. Do tego komenda: „odłamkowym ładuj”, no i konieczny gest „przelizania palca” oraz filmowe przymrużenie oka, które jeden z czterech pancernych wykonywał przed strzałem z czołgowego działa. Ileż godzin każdy z nas wydawał te dźwięki, gdy tylko skończył się kolejny odcinek „Czterech pancernych” i trzeba było od razu lecieć na „podblok” odreagować wojenne emocje. Tak, niektóre dzieci mają „podwórka”. My mamy „podblok”. Podblokiem to, podblokiem tamto, będę podblokiem. Prawdziwe wywrotki i koparki to teraz czołgi. Kryjemy się za nimi. Rzucamy, czym się da. Nie bierzemy jeńców. Jesteśmy uzbrojeni, jesteśmy bezwzględni – dla wrogów i dla sprzętu. Szkoda, że jak na prawdziwej wojnie nie można tego wszystkiego w finałowej scenie spalić! Szczególnie kuszące są szyby szoferek ciężkich maszyn budowlanych. No i beczki na paliwo, wydające głośny i głuchy blaszany dźwięk, zlokalizowane w tylnej części spychacza, przepraszam, czołgu.

 

Jutro rano prawdziwi robotnicy budowlani ocenią szkody w sprzęcie. Ale nas tu już nie będzie. My z enerdowskimi tornistrami na plecach, workami na zmienne obuwie, przyczesani, w pionierkach i szkolnych fartuszkach z białymi kołnierzykami, jak aniołki będziemy w kurzu budowy iść do szkoły. Jak w rosyjskiej czytance. I tak w koło. Droga wzdłuż mojego bloku to wjazd na budowę. Wielka jak smok, czerwona Tatra (tak, chłopak nawet po 40 latach pamięta takie rzeczy) strasznie świszczy, z wysiłku ciągnąc kolejne bloki w kawałkach. Ledwie sięgam do podwozia maszyny. Kierowca nawet by nie zauważył, gdybym wpadł pod te ogromne koła. Kiedy powstaną kolejne bloki, wprowadzą się do nich kolejne dzieci. Będą w szkole „nowi”. „Nowi” muszą przejść okres szkolenia, a właściwie regularnej tresury: pomiatania, zaczepek, drwin, szykan, złośliwości... wiadomo. Muszą się wkupić. Jak w wojsku.

 

My to MY! Nie tak łatwo tu żyć. Tu jest wojna na śmierć i życie. „Nasz kawałek osiedla jest inny od tego, skąd jesteście łamagi! Tu jest naprawdę trudno przeżyć. Nawet bryłką można w czapkę zarobić!” Mój blok jest tak długi, że opanowany został przez dwie bandy. Sześć klatek to my. Sześć dalszych – oni. Nie lubimy się i unikamy. Oni też mają grudki, a ich czołgi i pepesze w niczym nie ustępują naszym.

 

Tomasz Hliniak

 

Dziękujemy za rejestrację!