Kolorowy telewizor

15.03.2019

Któregoś dnia mój tato przywiózł do naszego małego mieszkanka przy ulicy Tysiąclecia w Gołonogu wielki kolorowy telewizor - wspomina Tomasz Hliniak.
 
Jest połowa lat 70. Uczestniczę w wydarzeniu, które trudno porównać z czymkolwiek. Kto tego nie przeżył, nie wie, co znaczy słowo rewolucja technologiczna. Przy tym produkty wprowadzane obecnie, dla przykładu przez Apple, wyglądają jak ozdoby na choinkę, i to sztuczną, i do zawieszenia od tyłu. Całe zaś osławione prezentacje i unboxing Steva Jobsa, czyli „rytualne” rozpakowanie zakupionego produktu przez tak zwanego consumera, czyli po prostu klienta w domu, w porównaniu z otwarciem tego wielgaśnego pudła, przynoszą emocje równe układaniu ziemniaków „na warzywach” w Biedronce.
 
Od razu wiem jedno – cholernie ciężkie te kolory! Cięższe niż biały, czarny i szary. Biję się z myślami... Bo one, te zwykłe czarno-bia-łe wydawały mi się zawsze cięższe, bo ciemniejsze... A to, co ciemniejsze jest smutniejsze i przez to cięższe, przecież... No, ale z drugiej strony wiadomo, że jest ich, to znaczy tych kolorów w telewizorze kolorowym, więcej. Ale nie – w czarno-białym tych szarych odcieni też jest masa... O co tu chodzi, że to taki ciężar?
 
Każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, miał pewnie w życiu taki moment albo było ich może nawet dwa lub trzy (bo tego nie ma w życiu więcej), kiedy robi coś osławionego, co potem jest opiewane w dziełach kultury wysokiej, z czasem nawet i niskiej. Wtedy człowiek, że tak powiem, nie wie, co się stanie. Jest to moment odpowiedni tylko na tak zwany grom z jasnego nieba. Chwila przejścia czegoś na podobieństwo prądu i bezpośredniego kontaktu z „górą” lub „dołem”. I to było właśnie coś takiego. Niosąc, albo lepiej – przeszkadzając dorosłym w niesieniu – kartonu z napisem „Telewizor Kolorowy” albo nawet „Colour TV”, nie wiedziałem co konkretnie się stanie, gdy to ciężkie pudło podłączymy w końcu do prądu. Ale jednego byłem absolutnie pewien – po tym świat nie będzie już taki sam. Będzie kolorowy.
 
Kolorowy telewizor jest ciężki i duży, bardzo duży. Po prostu ogromny. Alem najważniejsze, że nie jest ruski! Po schodach wnosi go mój tato i nie pamiętam teraz ilu jeszcze mężczyzn. Wszyscy gramolą się do naszego mieszkania, podłączają do prądu, do anteny, włączają... I śnieg, nic nie widać... śnieg i szum. Jak to się wtedy mówiło – Nie odbiera!. Cholera. Nie odbiera! Co tu zrobić?
 
– Gazeta! Ktoś krzyczy głośno... Gazeta! Gdzie jest gazeta z programem? – włącza się zbiorowa inteligencja. Jest gazeta, jest... tutaj, tutaj... Sprawdzają, czy na ostatniej stronie „Trybuny Robotniczej”, którą kupuje się w piątek albo w sobotę dla programu telewizyjnego (bo przecież nie dla programu kolejnego plenum PZPR), jest w programie przy godzinie i nazwie audycji w nawiasie napisane słówko „kolor”. Żebyśmy wiedzieli, czy nasz wysiłek nie idzie na marne i czy nie trzeba po prostu poczekać na audycję z kolorem w nawiasie i to cudo, ten nasz kolorowy telewizor, nagle odpali. Jest! Jest kolor w gazecie... (to znaczy w nawiasie, bo przecież w gazecie też nie ma koloru, tylko czarne literki i trochę czerwonego to tu, to tam, no i szaro – szare zdjęcia). No, więc jest kolor w nawiasie, ale koloru w telewizorze nie ma...
 
Wszystko się odwleka. Sekundy stają się minutami, a minuty latami, w dodatku. świetlnymi... Rozczarowanie. A nawet powątpiewanie sceptyków, czy to aby kolorowy telewizor? Może to zwykły telewizor czarno-biały... Jakieś uśmieszki, żarciki... to tu, to tam... I nagle znów, dzięki Bogu, włącza się inteligencja zbiorowa. Ktoś krzyczy: – Antena! To może być antena! Ożywienie, bo przecież jasne, że to antena! Właściciel kolorowego telewizora i mistrz ceremonii, czyli mój tato, bierze sprawy w swoje ręce i zaczyna przemieszczać się z anteną, wykonując przy tym ruchy, które dopiero za kilka lat zmałpuje od niego słynny karateka Bruce Lee w filmie „Wejście smoka”.
 
Ale kto by tam patrzył w takiej chwili na Jurka Hliniaka uzbrojonego w pokojową antenę i walczącego z niewidzialnym przeciwnikiem. Wszyscy przygryzają wargi i wlepiają wzrok w kolorowy telewizor. Ruchy człowieka z anteną nie są obojętne dla kolorowego telewizora. Wszyscy widzimy, że na ekranie trwa jakaś osobliwa transmisja ruchów mojego taty. Że telewizor na nie reaguje... Wtedy ta szara burza śnieżna w Tatrach, jakby pod wpływem dynamicznych powiewów wiatru, zaczyna się zmieniać. I widać, że niektóre drobinki, płatki śniegu, są kolorowe... Ale jaja! Ale jaja! Ten kolorowy telewizor naprawdę jest kolorowy! Ludzie patrzą po sobie, a mój tato tryumfuje... słyszę w jego myślach „I co my, Hliniakowie, pokazujemy Wam, Kochani Sąsiedzi, tym kolorowym telewizorem? Ten kolorowy telewizor odpowiada żywotnym potrzebom naszej rodziny. To jest kolorowy telewizor na skalę naszych możliwości. Czy wy (sąsiedzi) rozumiecie, co my robimy tym kolorowym telewizorem? My otwieramy oczy niedowiarkom! Patrzcie – mówimy. To jest nasze, przez nas zakupione i podłączone. I to nie jest nasze ostatnie słowo.”
 
No dobrze. Ale dalej to jeszcze nie jest to, o co chodziło... Co zrobić? Co robić? Ten kolorowy telewizor dalej nie działa tak jak powinien... Co zrobić, co zrobić? I nagle ktoś wpada na genialny pomysł. – Może u sąsiada na czwartym piętrze będzie lepszy sygnał?! Żeby tylko był w domu!
 
Teraz do akcji wkraczam ja i muszę na polecenie mojego taty skoczyć na ostatnie piętro bloku i sprawdzić, czy sąsiad jest w domu (poza tym on zna się podobno na telewizorach). Dobra... jest w domu! Mężczyźni chwytają kolorowy telewizor i cała ta symboliczna procesja po sygnał rusza na czwarte piętro. W górę i w dół klatki schodowej roznosi się echo: podekscytowanie, śmiechy, słowa troski o kolorowy telewizor jednych i stęki niesłychanej mordęgi drugich.
 
– Uważaj, uważaj, ostrożnie, ostrożnie! Żeby nie poobijać!
– Wyżej!
– Niżej!
– Po skosie, tak bardziej po skosie dajcie...
– Prosto, bardziej prosto dajcie...
– Do przodu troszkę daj! – Do tyłu daj!
– O!
– Nie, nie, nie za szybko!
– Tak, tak, tak, trochę szybciej!
– Dobrze!
– Czekaj! Już! Już ! Teraz !
 
Napięcie sięga zenitu. Każdy chce zobaczyć kolor. – Chcemy koloru! Żądamy koloru! – wydają się skandować uczestnicy wydarzenia. Wchodzimy do sąsiada, ledwo mieścimy się w mieszkaniu typu pokój z kuchnią. Następuje podłączenie telewizora do gniazdka i do anteny. Przebicia koloru podczas burzy śnieżnej stają się częstsze i wyraźniejsze. Trwa kolejny popis mistrza kung-fu wymachującego anteną... Może nawet momentami widać coś, może nawet jakieś sylwetki na ekranie, które są raz szare a raz kolorowe. Kolorowe płatki są i znikają, są i znikają... Ale to jeszcze nie jest to.
 
Dobra! Trzeba będzie zrobić coś z anteną. Takie są wnioski konsylium ekspertów do spraw uruchomienia kolorowego telewizora. Mój tato musi się tym zająć.
 
Pamiętam jak dziś, że naciskałem, aby zrobił to od razu, kogoś z administracji ściągnął... Ale zrobiło się już naprawdę późno... I pamiętam, że było super. Jak w filmach Felliniego. Wszyscy się ruszali, coś mówili i się śmiali. Było głośno i wesoło. Mamy uśmiechnięte, ojcowie też. Padały takie słowa jak kolor, kolorowy telewizor, antena, nadajnik... i „oni”, jacyś „oni”, którzy to coś, czego tego wieczora w kolorze nie ujrzeliśmy, nadają. Na końcu mężczyźni wtachali z powrotem kolorowy telewizor do naszego mieszkania. No tak. Musieliśmy coś zrobić z tą cholerną anteną. Bo to była zwykła antena do telewizora niekolorowego. Jasne! Przecież nie mogliśmy codziennie chodzić tam i z powrotem do pana Zbyszka na czwarte piętro z tym naszym pierwszym, kolorowym telewizorem.
 
Dziś, z perspektywy czasu, żałuję, że nie miałem wtedy kamery i teraz nie mogę wzruszyć się i zobaczyć tego wszystkiego raz jeszcze. Nie mogę zobaczyć jak to po kolei i ze szczegółami „szło”. Chociaż, może to i lepiej. Może serce by mi pękło z żałości? Ojca już nie ma, nie ma już wielu naszych sąsiadów, a na mojej głowie włosy już tylko srebrne..
 
Tomasz Hliniak
 
foto. Kadr z filmu “Kosmos 1999”

 

Dziękujemy za rejestrację!