Historie ze starej psychiatrii

24.03.2017

Stare szpitalne łóżka, odchodząca ze ścian farba, resztki dokumentacji medycznej, kartki na żywność i mury pamiętające hitlerowską okupację. Brzmi interesująco? Jeśli tak, to zapraszamy do lektury kolejnej odsłony Alternatywnika Dąbrowskiego, w którym Piotr Ślusarczyk opowiada o dąbrowskim „psychiatryku”.

Pamiętacie budynek, który mieścił się kiedyś przy ul. 3 Maja 40? Stara, surowa budowla wzniesiona z ciemnoczerwonej cegły. Nie znam dokładnej daty jego budowy, ale pierwszy raz pojawia się on na mapach w 1926 roku, co pozwala sądzić, że powstał na początku XX wieku. Kolejne wzmianki mówią o tym, że w 1939 roku urzędował w nim dyrektor Huty Bankowej, oraz że w latach 50. i 60. mieściła się tam placówka przedszkolna. W 1975 roku swoją działalność w tym miejscu rozpoczął oddział psychiatryczny szpitala miejskiego, który działał niemal do samego wyburzenia budynku, czyli do 2008 roku.

To właśnie ten ostatni rozdział w historii budynku najbardziej działa na wyobraźnię, dlatego chciałbym opisać to miejsce z perspektywy młodego człowieka, który swoje lata dziecinne i nastoletnie spędził na osiedlu „Struga” bezpośrednio sąsiadującym ze szpitalem. Obecnie mam 21 lat, ale jako podrostek razem z innymi dzieciakami z osiedla – ciekawi świata i jego tajemnic, nieustannie staraliśmy się odkryć, co kryje się za kamiennym murem otaczającym „psychiatryka”.

Miejscem, które udało nam się odkryć jako pierwsze, był ogród otaczający budynek. Nieoceniona okazała się grusza, po której gałęziach wspinaliśmy się na mur, z którego podglądaliśmy pacjentów spacerujących po ogrodzie. Ogród zawsze był zadbany, trawniki były skoszone, a rabatki pełne kwiatów. Pamiętam też, że kontrastował on z surowym, ceglanym budynkiem szpitala, który wzbudzał we mnie skojarzenia rodem ze strasznych historii, które jako dzieci uwielbialiśmy sobie opowiadać.

W 2007 roku zauważyliśmy, że pacjenci przestali pojawiać się w ogrodzie, a wszystkie wejścia oraz okiennice zostały zamknięte. Okazało się, że oddział został przeniesiony na ul. Krasińskiego, gdzie funkcjonuje do dzisiaj. Dla nas, podrostów, była to bardzo dobra wiadomość, bo wreszcie pojawiła się szansa, aby przekonać się i na własne oczy zobaczyć, jak wyglądał psychiatryk wewnątrz.

Szpital ze swoimi nieodkrytymi tajemnicami budził zainteresowanie nastolatków także z sąsiednich osiedli i dzielnic. Wtedy też zaczęły powstawać coraz to bardziej niesamowite historie o dziwnych rzeczach dziejących się po zmroku w szpitalu.

Z czasem nasza paczka zaczęła się powiększać, bo szpital ze swoimi nieodkrytymi tajemnicami budził zainteresowanie nastolatków także z sąsiednich osiedli i dzielnic. Wtedy też zaczęły powstawać coraz to bardziej niesamowite historie o dziwnych rzeczach dziejących się po zmroku w szpitalu. Według niektórych, nocami zapalały się tam światła, a w oknach można było zobaczyć sylwetki ludzi. Słyszałem także o tym, że z budynku dobiegają wrzaski, a w jego pobliżu można spotkać tajemniczą postać wysokiego mężczyzny, który bez celu snuje się pośród ciemności.

Mimo, że najprawdopodobniej wszystkie te opowieści były efektem bujnej wyobraźni nastolatków, zawsze, ilekroć zbliżałem się do budynku, czułem swego rodzaju niepokój. Tak było również wtedy, kiedy udało mi się wejść do środka. Jakkolwiek to brzmi – skorzystaliśmy z uprzejmości człowieka kradnącego metalowe zabezpieczenia okien.

Wnętrze zaskoczyło mnie ilością pozostawionego sprzętu medycznego. Widok kilku szpitalnych łóżek, przyrządów lekarskich, pozostawionych szczątków dokumentacji medycznej w połączeniu z odchodzącą ze ścian farbą i chłodem panującym wewnątrz, tworzył niesamowitą atmosferę rodem z horrorów. Kuba, jeden z moich znajomych, który był tam ze mną, wspomina, że szpital sprawiał wrażenie miejsca, w którym zatrzymał się czas. Mimo, że został opuszczony stosunkowo niedawno, miało się wrażenie, że przechodzimy przez tajemniczą bramę przenoszącą nas do głębokiego PRL-u. Wrażenie to dodatkowo potęgowały znalezione wewnątrz kartki na artykuły żywnościowe wydane w połowie lat 80.

Na podstawie tych wszystkich znalezisk można wyciągnąć wniosek, że szpital opuszczano bardzo szybko. Świadczył o tym nieład panujący w środku, pościel pozostawiona na łóżkach, a nawet rzeczy osobiste pacjentów, które znajdowaliśmy, szperając po szafkach. Mimo niebezpieczeństwa i tabliczek z wyraźnym zakazem wstępu, wielokrotnie wracaliśmy do środka i przemierzaliśmy korytarze oraz sale, jeszcze do niedawna będące miejscem leczenia pacjentów.

Parę miesięcy później, przechadzając się po okolicach, zauważyłem ciężki sprzęt budowlany rozstawiony dookoła naszego „psychiatryka”. Po kilku dniach nie było po nim już żadnego śladu. Zostały jedynie resztki cegieł i pusty teren, który miał zostać wykorzystany jako parking dla budującego się nieopodal kompleksu stomatologicznego.

Ciekawi mnie, jak to miejsce zapamiętali inni dąbrowianie? Czy wspominają je tak jak ja czyli jako miejsce wielu młodzieńczych przygód rodem z „Szatana z siódmej klasy”, czy było ono tematem rozmów mieszkańców, czy tylko zwykłym budynkiem położonym pośród spokojnego osiedla?

Piotr Ślusarczyk, współpraca: Bartosz Matylewicz

LOCIK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDKIEM

Pierwszy raz trafiłem do „świrowni” w połowie lat 80-tych. Na własną prośbę, z powodu… hmm... zamiłowania do innych substancji psychoaktywnych i w ucieczce przed kamaszami. W Będzinie w WKU odmówiłem przyjęcia biletu do armii. W szpitalu było tylko jedno miejsce dla pensjonariuszy tego typu. Na parterze, na oddziale męskim. Panie były na pięterku, niedostępne. Pamiętam, że mogłem tylko, za dobre zachowanie i w ramach jakby psychoterapii, zanosić paniom na piętro posiłki...

Jadalni nie było. Posiłki jadło się w salach. No i była świetlica. Stoliki, krzesła, jakieś obrazki na ścianach, telewizor. Czarno-biały „Neptun”. Było to jedyne pomieszczenie bez krat, ale otwarcie na oścież okien ograniczały łańcuchy. Gdy zostałem wtajemniczony, okazało się, że łańcuch można odkręcić i zdjąć, w celu udania się do pobliskiego sklepu po wiadomo co. Czasami się udawało i było fajnie.

W sumie byłem tam z osiem razy. Najdłuższy pobyt trwał trzy miesiące. Ostatni raz chyba w 1992 roku. Ale, jak tak sobie przypomnę, to ten czas pobytu mnie naprostował. I żyję.

Wszystkie sale w szpitalu były wieloosobowe i dwie mniejsze, obserwacyjne. Razem, w całym budynku, coś około 80-ciu łóżek. Jak pamiętam, to zawsze było pełno. Największe obłożenie było, tak jak o tej porze, na wiosnę. Zwykle wypisów nigdy nie było w okolicy 1-go maja. Wiadomo, miał być spokój na mieście. Bez świrów.

Ordynatorem był ś.p. dr Turek. Był w porządku. Widywałem go tylko w ciągu dnia, rzadko dyżurował. A jak był na dyżurze, to słychać było jak się tłukł po nocach na maszynie do pisania w swoim gabinecie. Mówili, że pisze jakąś pracę naukową czy coś. Zawsze uprzejmy, kulturalny, dobrze ubrany. Nie pamiętam, żeby na kogoś krzyczał. Tylko na milicjantów. Bo ogólnie rzecz ujmując, nie był to nigdy „Lot nad kukułczym gniazdem”, raczej taki „locik”, ale każdego dnia były jakieś akcje.

Największe poruszenie było zawsze, kiedy milicja dowoziła kogoś skutego lub w kaftanie. Gdy ordynator był na miejscu, to nigdy ich nie wpuszczał do środka. Krzyczał „z bronią won!” i załatwiał sprawę w przedsionku. Podobnie inni lekarze.

Codziennie coś się działo, jak to u wariatów. Akcje z alkoholikami w delirium, występy schizofreników, jakieś wrzaski, czasami drobne bójki i kłótnie o pierdoły. Cały przekrój ówczesnego społeczeństwa. I ksiądz-schizofrenik, i nauczyciel-zawodowy alkoholik.

Był raz na oddziale taki koleś nawiedzony, któremu wywiad izraelski zamontował w głowie jakiś moduł czy coś. I był w kaftanie przypasany do łóżka. Wtedy pierwszy raz widziałem na żywo magika w akcji. Zachciało mu się do kibla i wołał do „piguły”, że chce iść. No to ona mówi mu grzecznie, że proszę, kaczuszka, basenik. A koleś jej, że nie jest świnią i nie będzie robił pod siebie do łóżka. I w momencie zrobił taki myk, przekręt i wstał uwolniony z łóżka, poszedł do ubikacji i wrócił. Wszystkim kopary opadły. No Houdini jakiś.

Legendą był Gienek, bokser, waga piórkowa, zawodnik z Zagórza. Wielokrotny bywalec. Zmarnowana kariera. Malutki, taki mikrusek. Nie wytrzymał ciśnienia mistrzowskiego, wiesz, sława, obity łeb i wóda… Dożył swoich dni w szpitalu. Ale mnie lubił. Czasami, dla jaj, wysyłaliśmy go do dyżurki lekarskiej, niby po wódkę, na melinę… Takie tam żarty. Nuda...

Albo taki Marian. Wygrał kiedyś konkurs na sobowtóra Micka Jaggera i się zaczęło... Dał parę niezłych popisów na oddziale. Nieźle się ruszał. Schizofrenik, ale przyjemny.

Przywieźli też kiedyś pacjenta, nie pamiętam nazwiska. Muzyk jakiś, podobno sławny, skrzypek czy coś. Palił straszne ilości papierosów. Rodzina, gdy go odwiedzała, przywoziła mu po kilka sztang papierosów. Potrafił zjarać całą pakę, odpalając jednego od drugiego. Miał w palcach wyjarane dziury do kości.

Był kolega, co ciągle odprawiał msze i nabożeństwa i obnażał się. Lubił leżeć krzyżem na golasa na korytarzu, na zimnej posadzce. Był filozof-alkoholik, który twierdził, że to on jest siłą napędową świata i kłócił się o to z ordynatorem.

No i pamiętajmy, że było też paru pacjentów, którzy zostali zamknięci wbrew ich woli, z powodów chyba politycznych, niewygodnych dla władz.

Gdy trafił się wyjątkowo agresywny pacjent, to zapinano go w pasy albo podawano „halopopi…ol” czyli „Haloperidol”, specyfik, po którym zapominałeś, kim jesteś. Pamiętam, że wszyscy bali się tego syfu, bo chyba największą ekipę stanowili jednak alkoholicy i inni uzależnieni.

No i pamiętajmy, że było też paru pacjentów, którzy zostali zamknięci wbrew ich woli, z powodów chyba politycznych, niewygodnych dla władz. Wtedy wydawało mi się, że to nieprawda i ich zmyślenia. Ale teraz, po latach... myślę, że to mogła być prawda.

Dla mnie był to pewien azyl. Ciągle coś tam się działo, ale był jakiś taki spokój, przynajmniej dla mnie. To był mój schowek. Bardzo często fajne rozmowy w salach na naszym oddziale. Na piętrze, na oddziale kobiecym, panowała jakaś inna atmosfera. Taka dziwna, niepokojąca. Snuło się po korytarzach parę „wiedźm”. Gdy tam rzadko bywałem, z posiłkami, wydawało mi się, że są jakieś takie smutne i nieszczęśliwe. Zawsze mi było ich żal.

Poza tym to był ładny budynek z niby parkiem w spokojnej okolicy. Szkoda, że już go nie ma.

Wspomnień Zirka wysłuchał Dariusz Ryczkowski

NIEDOCIĄGNIĘCIA REKOMPENSOWALIŚMY ATMOSFERĄ

Pamiętam, że już w momencie, kiedy zaczynałam swoją pracę przy ul. 3 Maja, budynek wydawał mi się bardzo archaiczny, ale wszystkie niedogodności staraliśmy się rekompensować poprzez dobrą atmosferę. Pacjenci zdecydowanie lubili nasz oddział. Do tego stopnia, że po latach przychodzili do nas i dzielili się z nami historiami swojego życia. Przedstawiali nam swoich partnerów życiowych, zwierzali się, chwalili sukcesami, ogólnie podtrzymywali relacje. Warto też pamiętać, że w takich przypadkach inicjatywa zawsze należała do pacjentów, a my nie chcieliśmy w żaden sposób na siłę ingerować w ich życie prywatne. Dzięki świetnym wzajemnym relacjom, lekarze i pielęgniarki stawali się przyjaciółmi pacjentów.

Ordynator Olechowicz wspomina, że mimo iż budynek sprawiał dość smutne i ponure wrażenie, funkcjonujący w nim oddział był wielokrotnie wyróżniany, m.in. w rankingu tygodnika "Wprost".

Ciasnota naszego oddziału sprzyjała integracji. Lekarz dyżurny był zawsze obecny wśród pacjentów. Gabinet lekarski w ówczesnym szpitalu pełnił wiele różnych ról. Był pokojem księgowym, gabinetem psychologicznym, miejscem codziennej pracy. Pacjenci przychodzili do nas, opowiadali różne historie, ufali nam. Wiedzieliśmy wszystko o wszystkich.

Niesamowitym miejscem, które na dobre zapadło mi w pamięci, był ogród leżący tuż obok. Do jego rozwoju i pięknego wyglądu przyczynił się fenomenalny psychiatra, doktor Turek. Wspominam go jako człowieka renesansu i bardzo dobrego przełożonego. Interesował się bardzo wieloma rzeczami, między innymi malarstwem, antykami, a także wszelkiego rodzaju roślinnością. Zdobywał ciekawe okazy wspaniałych krzewów, kwiatów i osobiście sadził na terenie ogrodu. Gdy opuszczaliśmy szpital w 2005 roku, najbardziej było nam szkoda właśnie ogrodu, który był wspaniały i budził wiele wspomnień.

Wspomnień dr Olgi Olechnowicz, ordynator oddziału psychiatrycznego, wysłuchał Piotr Ślusarczyk

Dziękujemy za rejestrację!