Środa, 3 stycznia, 2018

Epizod z życia ulicy


Ten tekst miał być zupełnie inny, ale z tego względu, że na ulicy 3 Maja od jakiegoś czasu trwa „akcja-rewitalizacja”, chciałem przypomnieć pewien epizod z jej dawnego życia. Sam proces ożywienia ulicy budzi dość spore zainteresowanie i, oczywiście, kontrowersje. Niektóre lokalne media epatowały nawet reportażem interwencyjnym. To dobrze. Może wyjdzie z tego coś dobrego i ulica stanie się żywa. Na powrót. Bo przez lata taka właśnie była.

 

Jeśli pochylić się nad historią dzisiejszej ul. 3 Maja, łatwo zauważyć, że najwięcej do życia publicznego, społecznego i kulturalnego wniosło tu wybudowanie i otwarcie Resursy Obywatelskiej w 1895 roku. O samym budynku wiemy wiele: że od samego początku stał się głównym ośrodkiem kulturalnym miasta, że z tego powodu zmieniono nawet nazwę ulicy – ze św. Jana na Klubową – zbudowali go przemysłowcy, kupcy i wpływowi mieszkańcy Dąbrowy i okolic, by stworzyć tu Klub Towarzyski, który z czasem przerodził się w swoisty dom kultury. Wiemy też, że najważniejsza była tu sala balowa ze sceną i widownią, w roku 1900 roku w Resursie odbył się pierwszy w Zagłębiu pokaz kinematografu urządzony przez słuchaczy „Sztygarki”, a w roku 2008, przy sprzeciwie części mieszkańców, Urząd Miasta sprzedał budynek za 3,2 mln.

 

Od samego początku do dąbrowskiej Resursy przyjeżdżali wyjątkowi i, jak dziś byśmy powiedzieli, topowi artyści z całego kraju. Bywał tu na spotkaniach i odczytach Stefan Żeromski – wspominał później Dąbrowę i okolice w „Ludziach bezdomnych”. Bywała Maria Konopnicka, której jedna z córek mieszkała w Dąbrowie – wyobrażam sobie, jak po odczycie i spotkaniu z publicznością spaceruje po deptaku do najbliższej cukierni, pod rękę ze swoją Dulębianką, gorsząc miejscową socjetę. Był też w Resursie Stanisław Przybyszewski, jeden z moich ulubionych gwiazdorów Młodej Polski, pierwszy rodzimy satanista – jeśli ktoś oglądał serial Wajdy, z początku lat osiemdziesiątych, „Z biegiem lat, z biegiem dni”, może przypomni sobie scenę z Przybyszewskim właśnie. Jest nieduża sala audytoryjna w ówczesnym ośrodku kultury, gdzieś w Krakowie, jest podwyższenie ze stołem, za którym rozłożył się Stach z rozrzuconymi w nieładzie kartami swego najnowszego dzieła. I czyta. Czyta skupionej publiczności (w tym licznie zgromadzonym egzaltowanym paniom), jak szatan przy pomocy zimnego, niczym sopel lodu, przyrodzenia zaspokaja lubieżne żądze pensjonarki. W tym momencie, słuchająca Mistrza, jedna z bohaterek serialu, omdlewa, pada z hukiem na podłogę, jest wynoszona i cucona… Przecież ta scena równie dobrze mogła rozegrać się w dąbrowskiej Resursie. Myślę, że z pewnością się wydarzyła. U Przybyszewskiego to była norma. Była też w Dąbrowie Gabriela Zapolska. Gwiazda Młodej Polski. Zaangażowana autorka z dużym dorobkiem, niespełniona aktorka i silna kobieta, która wiedziała, czego chce. I tak się złożyło, że z pobytu Zapolskiej w Dąbrowie Górniczej pozostała niezwykła pamiątka.

 

Do Dąbrowy Zapolska przyjechała w maju 1896 r. wraz z objazdową grupą teatralną Teatru Lwowskiego, którą wówczas kierował Felicjan Filon Feliński, późniejszy (od 1899 r.) dyrektor Teatru Letniego i Zimowego w Sosnowcu. Grupa przyjechała m.in. z przedstawieniem Zapolskiej, według jej, dość już głośnej naturalistycznej powieści „Kaśka Kariatyda”. Przedstawienie opowiadające o dramatycznych przejściach służącej Kaśki Olejarek, która „za chlebem” porzuca rodzinną wioskę i przybywa do dużego miasta, cieszyło się sporym zainteresowaniem dąbrowian. W ciągu tygodnia wystawiono je w Resursie parę razy, przy komplecie publiczności.

 

Gdy autorka „Moralności Pani Dulskiej” odwiedzała Dąbrowę, jej reputacja była już z grubsza ustalona. Skandalistka! Sufrażystka! W wieku 18-tu lat przymuszona przez rodzinę do małżeństwa, rozczarowana życiem rodzinnym (małżonek – oficer uwielbiający zabawy i towarzystwo, w tym pań, regularnie ją zdradzał, a jej pierwsze dziecko zmarło, najprawdopodobniej zarażone „wstydliwą” chorobą) wyszła z niego bocznymi drzwiami. Nieco później opisała swoje małżeńskie perypetie w „Z pamiętników młodej mężatki” i powieści „O czym się nawet myśleć nie chce”. Po tym zaangażowała się w działalność warszawskiego teatru Mariana Gawalewicza, który namówił młodą Zapolską do pisania. Warszawa, teatry, kabarety, artystyczne towarzystwo całkowicie ją pochłonęły. Postanowiła pisać lepsze dramaty niż Wyspiański i być wspanialszą aktorką niż Modrzejewska.

 

Praca i znajomość z Gawalewiczem przerodziły się w płomienny romans, a gdy okazało się, że konkurentka Modrzejewskiej i Wyspiańskiego jest w ciąży, rodzina postanowiła interweniować. By uniknąć skandalu obyczajowego, krewni zdecydowali, żeby umieścić Gabrielę w klasztorze wizytek, gdzie miała czekać aż jej małżeństwo zostanie unieważnione. Oczywiście kochankowie nie mieli zamiaru czekać. Z pomocą Gawalewicza uciekła z klasztoru i wyjechała do Wiednia, gdzie urodziła córkę Mary. Na miejscu okazało się, że jest sama, kochanek ją zostawił! W Wiedniu spędziła potworny czas, o którym pisała w liście do przyjaciółki: „miałam cztery miesiące w mym życiu, gdy w Wiedniu, w klinice, po urodzeniu córki, leżałam samotna, opuszczona, odrzucona od rodziny, świata, ludzi, zapomniana przez ojca mego dziecka [...] I gdy osamotniona na wiedeńskim Zahlstrecku konałam w najniemożliwszych komplikacjach chorób, miałam tak straszne godziny nocne, że nie wiem, jakim cudem ten nędzny szkielet, którym byłam, nie zdechł z bólu i bezbrzeżnej rozpaczy”. Gdy tylko odzyskała siły, postanowiła wrócić, zostawiając córkę pod opieką sióstr zakonnych. Porzuciła dziecko! Córki nigdy więcej nie zobaczyła – chorowita dziewczynka dość szybko zmarła.

 

 

Powrót do Warszawy okazał się tymczasem niemożliwy. O skandalu obyczajowym wciąż pisały miejscowe gazety i huczało od plotek. Dlatego Zapolska zatrzymała się w Krakowie. Pisywała społecznie zaangażowane felietony do „Gazety Krakowskiej”, pisma dość postępowego jak na konserwatywny Kraków, dziś powiedzielibyśmy, że uaktywniła się jako feministyczna i lewacka publicystka. Rozpoczęła też pracę jako zawodowa aktorka w krakowskich teatrach. W teatrze Józefa Teksla wcieliła się w rolę Nory w „Domu lalki” Ibsena i marzyła o podboju europejskich scen. Niebawem rozpoczęły się podróże z grupami teatralnymi. Lwów, Poznań, Warszawa. Zła sława wyprzedzała jednak Zapolską, co rusz pakowała się w głośne romanse. W tym czasie zmieniła też nazwisko w paszporcie, ze Śnieżko, na Zapolska właśnie.

 

W 1888 uzyskała wreszcie wyczekiwane unieważnienie małżeństwa i opublikowała w odcinkach swoją pierwszą powieść, wspomnianą już „Kaśkę Kariatydę”. I kolejny skandal. Rozczarowana zawodem miłosnym (jeszcze jeden kolega z zespołu teatralnego) oraz słabymi recenzjami swojej powieści, próbowała popełnić samobójstwo. „Dziennik Łódzki” relacjonował: „w nocy około 12 z piątku na sobotę wezwani zostali do hotelu wileńskiego doktorzy Wezolowski i Wolski, gdzie artystka dramatyczna i zarazem literatka pani Zapolska nagle zachorowała. Okazało się, że pani Z., chcąc się otruć, połknęła sporą porcję łebków od zapałek”.

 

Tym razem pomogła rodzina. Skandal powoli wyciszono, ale Zapolska musiała wyjechać za granicę. Wybrała Paryż, gdzie związała się z Théâtre Libre, w którym reżyser Andre Antoine wprowadzał na deski naturalistyczną prozę. Jednak kariery wielkiej nie zrobiła, właściwie żadnej. Jej aktorstwo, według recenzentów, było „zbyt efektowne i ekscentryczne”. Po czterech latach wróciła do Warszawy. Dostała angaż w Teatrze Rozmaitości, a przy tym zaangażowała się w kolejną serię romansów i skandali. W trakcie jednego ze spektakli znokautowała przy pomocy rekwizytu, drewnianej siekiery, swoją sceniczną, i nie tylko, rywalkę Helenę Marcello tak silnie, że aktorka straciła przytomność. Zapolska tłumaczyła, że trzymała się scenopisu. Po drodze wplątała się jeszcze w epizod szpiegowski w Krakowie, gdzie grała kilka ról, w tym w swoich sztukach. Musiała jednak w trybie pilnym opuścić CK Kraków, podejrzana o szpiegostwo na rzecz obcych mocarstw. Nie żałowała, nienawidziła miasta, które ją odrzucało, literackich salonów, z tym stworzonym wokół Przybyszewskiego włącznie. „Życie tu idiotycznie okropne. Ludzie chodzą po rynku jak bydło, mężczyźni zaczepiają kobiety, muzyka gra – księża romansują z kobietami, a potem płacą za to mężom” – pisała. Ale to już po epizodzie dąbrowskim.

 

Jak wspominałem, Zapolska przyjechała do Dąbrowy wiosną 1896 roku, a więc w czasie, kiedy atmosfera społeczna i polityczna w Zagłębiu zagęszczała się i czuć było w powietrzu nadchodzący wybuch niezadowolenia. Jednym z miejsc, gdzie mocno się kotłowało, była szkoła górnicza „Sztygarka”, której uczniowie co rusz narażeni byli na szykany ze strony rosyjskiej dyrekcji.

 

W Resursie przez cały tydzień Zapolska spotykała się z uczniami „Sztygarki”, licznie meldującymi się na jej spektaklach. Przystojni, odziani w szkolne mundury młodzieńcy obsypywali ją kwiatami. Gabrieli, wrażliwej na przymioty męskiej urody, nie było to obojętne. Ale była też pod wielkim wrażeniem kultury, oczytania i wiedzy dąbrowskiej młodzieży. Imponowało jej zaangażowanie „studentów szkoły sztygarów” (bo tak ich nazywała) w sprawy społeczne oraz ich wpływ na kształtowanie postaw obywatelskich i patriotycznych wśród robotników okolicznych zakładów przemysłowych.

 

Okolicznościowy plakat reklamowy z tego wydarzenia zachował się w zbiorach Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Sztuka opowiada o strajku, do którego mają się przyłączyć kolejne dąbrowskie kopalnie, zakłady, fabryki i szkoła „Sztygarka”. Bohaterami są, pamiętający czasy pańszczyźniane, ojciec – górnik okolicznej kopalni, z żoną i córką oraz podkochujący się w niej uczeń szkoły sztygarów. W tle mamy kozaków szykujących się do szturmu na strajkujących. Jednoaktówka dotyka problemu solidarności w obliczu konfrontacji z siłami represji oraz uczciwości i poświęcenia w chwili podjęcia ważnych wyborów.

 

Nie wiemy, kiedy dokładnie Zapolska ją napisała. Prawdopodobnie impulsem był głośny w kraju strajk uczniów „Sztygarki” z 1899 roku. Wynikałoby z tego, że mając w pamięci pozytywne wrażenia z pobytu w Dąbrowie, napisała ją bardzo szybko, by w ten sposób wesprzeć miłych jej pamięci młodych dąbrowian.

 

Prócz wzmianki o premierze spektaklu we lwowskim teatrze nie dowiedziałem się, czy sztuka była gdzieś jeszcze grana. W katalogu dąbrowskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej nie znalazłem informacji, czy jest dostępny egzemplarz „W Dąbrowie... ”. Na pewno w zbiorach Biblioteki Śląskiej w Katowicach znajduje się unikatowy druk, zawierający wpis cenzorski z czasów lwowskiej premiery spektaklu.

 

Dziś po Zapolskiej została w Dąbrowie nazwa małej, bocznej ulicy za torami, w drodze na Pogorię. Aha, jeszcze coś. W ubiegłym roku, w ramach dąbrowskiego festiwalu ZagłebieWood i inicjatywy Teatr Polska, na scenie PKZ-tu zaprezentowano dąbrowskiej publiczności spektakl „Zapolska Superstar”, w wykonaniu aktorów Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. A sztukę „W Dąbrowie…” planuje się w naszym mieście przypomnieć wiosną przyszłego roku w trakcie specjalnej inscenizacji. Może na ul. 3 Maja? Zobaczymy.

 

Darek Ryczkowski


« Poprzednia aktualnośćNastępna aktualność »

Dziękujemy za rejestrację!